wtorek, 15 kwietnia 2014

Granice opinii - kolejna tęczowa awantura

I znowu wybuchła dyskusja i awantura wokół tęczy na placu Zbawiciela. Moim zdaniem niesie ona za sobą pewnie dość istotny temat do dyskusji. Mianowicie, gdzie leży granica wyrażania opinii?
Posłużę się wymyślonym na poczekaniu przykładem.

Pomnik na osiedlu


Jestem artystą. Mam pomysł i dużo kasy, albo szczodrego sponsora. To jest drugorzędne, ale załóżmy, że finansowanie jest politycznie i ideologicznie obiektywne. Chcę postawić modernistyczny pomnik Friedricha Nietzsche na środku osiedla bo uważam, że był pionierem współczesnej myśli filozoficznej i jak sam pisał „w głębi duszy czuję się Polakiem”. Na trzy miesiące. Dogaduję się z właścicielami ziemi, spółdzielnią czy administracją, Urzędem Gminy, Miasta i ogólnie mam wszystkie zgody. Stawiam, więc pomnik i jestem happy.

Pierwsze tygodnie przebiegają spokojnie. Pojawia się trochę prasy i parę portali i dzienników o tym napisało. Potem okazuje się, że coraz więcej ludzi przyjeżdża specjalnie. A to żeby sobie zrobić zdjęcie, to żeby przysiąść cieniu filozofa i poczytać książkę. Ogólnie robi się wokoło trochę hałasu. Sklepy wokoło zaczynają odczuwać wzrost sprzedaży, gmina widzi wzrost odprowadzanych podatków ze sklepów. Jest git. Mija wskazany okres trzech miesięcy. Dostaję list, że gmina chce ten pomnik pozostawić i będzie o niego dbała we własnym zakresie. Podpisujemy porozumienie i ja się zrzekam instalacji na rzecz Gminy.

I zaczynają się kłopoty. Ktoś czyta w Internecie, że to moja rzeźba, że jestem ateistą i antyklerykałem i że Gmina wzięła ode mnie tę rzeźbę („pewnie zapłacili kupę kasy temu pedałowi – bo ateista/artysta to lewak, a lewaki to geje i pedofile”) i będzie stała tam na wieki, wieków amen. Pojawiają się pierwsze protesty. Przychodzą ludzie różnej proweniencji żeby wyrazić swój sprzeciw wobec tej figurze. Pojawiają się pierwsze oznaki agresywnych zachowań. Przeciwnicy rzeźby uważają, że ja jestem zakałą, a to, co pisał Nietzsche to było nie dość, że antychrześcijańskie, na wskroś pogańskie, to jeszcze zainspirowało Hitlera. Dochodzi do sprzeczek, bójek. W końcu ktoś bierze młot i zaczyna rozwalać rzeźbę. Interweniuje policja i natychmiast jest oskarżona o tłumienie odmienności opinii. Media zaczynają nakręcać temat, coraz więcej rożnych środowisk występuje w obronie albo w ataku na rzeźbę. Ilość ludzi, których ona przyciąga się zwiększa i powoduje to coraz większy wzrost przychodów okolicznych firm, czyli Gminy. Ktoś ją w nocy doszczętnie rozwala. Gmina wykłada pieniądze na rekonstrukcję, bo obiecała bezpieczeństwo i ochronę dzieła sztuki, a nie zdołała go zapewnić. Plus może się skończyć kasa, którą obecność tego obiektu generuje. Ataki narastają, bo Ci, co ją zniszczyli albo popierali jej zniszczenie, krzyczą teraz, że marnotrawione są publiczne pieniądze na ten syf. I tak w koło Macieju. Boi teraz w interesie miasta i Gminy jest utrzymanie napięcia wokół tej rzeźby, bo zarabia na niej tyle, że stać ich na rekonstrukcję, co kilka miesięcy…z resztą właściciele sklepów z okolicy zawsze chętnie pomogą w finansowaniu odbudowy…

Widzicie, co się dzieje? Wstawcie tęczę zamiast Fredzia…

Opinia


Co to takiego jest ta opinia? Opinia to moje albo Twoje zdanie na dany temat. Swoją opinię możemy wyrazić słownie, pisemnie albo poprzez inny środek wyrazu. Jednak cały czas pozostajemy w domenie wymiany poglądów. Jeśli wyrażanie opinii łączy się z jakąkolwiek formą przemocy, to przestaje być wyrażeniem opinii. Staje się próbą narzucenia swojego poglądu innym lub próbą wywyższenia swojego zdania na daną kwestię nad zdanie innych. O ile w debacie możemy się przekonywać do swoich racji, to przestaje ona być debatą, gdy dochodzi do kontaktu fizycznego lub agresji słownej/psychicznej.

To jest granica wyrażania opinii.

Jak to się, zatem, ma do tęczy?

Już tłumaczę.

Tęcza stała sobie od czerwca 2012. Pierwotnie miała stać trzy miesiące, ale miasto podjęło decyzję, że będzie stała dłużej. I stała do 11 listopada 2013, z perypetiami po drodze. Teraz po jej zniszczeniu miasto ją chce odbudować. I się okazało, że grupce ludzi o prawicowych poglądach się to nie podoba. Więc Ci „aktywiści”, zamiast podjąć kroki mające na celu legalne usunięcie instalacji z placu Zbawiciela przystąpili do fizycznego blokowania pracy ludzi zatrudnionych przez miasto. Interweniowała policja i zatrzymano kilka osób.

Gdzie jest problem? Problemy są w dwóch miejscach:

1. Za całą sytuację winę ponoszą sami narodowcy. To oni przypisali do tęczy silną symbolikę LGBT i poprzez swój opór wobec jej istnienia podnieśli rangę instalacji, która po trzech miesiącach mogła po prostu pójść w zapomnienie. Tymczasem nie dość, że narażają miasto na koszty odnowienia tej instalacji (bo miasto, jeśli obejmuje patronatem dzieło sztuki to jest odpowiedzialne za jego ochronę i konserwację – niezależnie jak definiujecie sztukę) to jeszcze krzyczą, że to wina gejów i komuny. Zapędzili się w kozi róg. Teraz jak odpuszczą, to przegrają. A wygrana nie wchodzi w grę, bo nawet jak tęcza finalnie zniknie, to nic to nie zmieni. Oni na tym nie zyskają, a stracić może całe miasto, bo powoli tęcza w Warszawie staje się obiektem turystycznym, który napędza lokalną gastronomię i handel.

2. Chcą być w Warszawie wyrocznią w sprawach, które są ich opinią i światopoglądem. Mają prawo do swojego spojrzenia na świat i otaczającą ich rzeczywistość. Mogą sobie krzyczeć, co chcą, gdzie chcą i kiedy chcą. Ale nie wolno im narzucać swojego światopoglądu nikomu, kto sobie tego nie życzy. I nie reprezentują Warszawy. Krzycząc „Warszawa nie będzie gejowska”, tak naprawdę krzyczą „ My nie jesteśmy gejami i inni mieszkający w Warszawie też nimi być nie mogą”. To jest wymowa tych haseł. A jest ona homofobiczna i po prostu faszystowska (no chyba, że ktoś nadal, wbrew nauce, uważa, że homoseksualizm to wybór i choroba).

Już jakiś czas temu pisałem o jednej ważnej rzeczy, o której narodowcy wyraźnie zapomnieli. Ta wolność, która pozwala im wyrażać swoje opinie, jest ta samą wolnością, która pozwala innym na opinie odmienne. Jeśli zaczną zwalczać inne opinie w sposób agresywny, dążyć do cenzury rzeczy, które im się nie podobają, to stracą tez prawo do własnych sądów. Bo jeśli oni uważają, ze jak ich wymarzony rząd stanie u władzy, to będzie im można się zebrać na palcu defilad i krzyczeć, co im ślina i głowa na język przyniesie, to się grubo mylą. To jest właśnie absurd i hipokryzja skrajnych środowisk, które istnieją i rosną dzięki wolności, a do jej stłamszenia i zabicia dążą.
Mam, zatem jedną dobrą radę dla przeciwników tęczy. Powołajcie komitet i zbierzcie w dwieście tysięcy podpisów od mieszkańców stolicy pod petycją o usunięcie tęczy. Jak Wam się to uda i tęcza zniknie, to wygracie nie tylko ideologicznie, ale także bardzo politycznie. Jak się nie uda, to będzie oznaczało, że nie macie racji i Warszawa nie jest taka jak ją sobie wymarzyliście i musicie pracować nad swoim wizerunkiem, bo macie słabe poparcie społeczne. Zachowania nacechowane agresją, przymusem i oporem nie przysparzają Wam zwolenników, a jedynie powodują, że nie przestajecie być postrzegani, jako banda chuliganów i kiboli. Jeśli chcecie zdobyć tłumy to przestańcie plus na ludzi a zacznijcie z nimi rozmawiać. I w całym tym zamieszaniu tylko dodajecie wagi symbolowi, którego nie lubicie. Im bardziej radykalny i agresywny opór wobec tęczy, tym większa jej siła, jako symbolu.

Tym, którym tęcza zwisa i powiewa (jak mi), nic nie zrobi różnicy.

Ci, którzy są zwolennikami jej pozostawienia. Na razie nie musicie robić nic. I dopóki przeciwnicy będą grać agresywnie i po chuligańsku, to Wam tylko pomaga. Jak zaczną grać politycznie i z głową, to możecie mieć problem.


Polecam, więc, na chwilę, żeby wszyscy, którzy mają wyrobione zdanie na temat zjawiska tęczy na Zbawicielu się na chwile zatrzymali i pomyśleli. Cui bono? Kto zyskuje na tej sytuacji? Nie zyskują nic zwolennicy tęczy; nie zyskują na tym jej przeciwnicy…czy ta awantura jest naprawdę warta uwagi kogokolwiek. Myślę, że nie…i olanie jej ciepłym moczem (metaforycznie) jest jedynym rozsądnym podejściem do tematu.