poniedziałek, 5 maja 2014

Gruba świnia

Sam nie należę do szczupaczków. Nie mam za specjalnie z tym problemu. Znaczy w sensie, że nie czuję się fizycznie źle. Co prawda niekiedy po kilku metrach podbiegnięcia do autobusu mam zadyszkę i przeszkadza mi, że w lato pocę się jak świnia. Ale akceptuję to i w swoim fizycznym lenistwie próbuje coś tam z tym robić…z różnymi rezultatami.

Jakiś czas temu czytałem o decyzji burmistrza Nowego Jorku o zakazie sprzedaży napojów z cukrem w barach szybkiej obsługi. Chodziło o rozmiary XL, czyli powyżej 0,5l, bo nowojorczycy są grubi. Teraz, widocznie zapatrzeni w USA, posłowie domagają się regulacyjnej walki z otyłością dzieci. Domagają się, ale nie mają za bardzo pomysłów. Możecie o tym przeczytać TUTAJ.

Ja mam kilka i to takich, które nie wymagają wielkich zmian w przepisach.

1. Zakaz akceptowania całorocznych zwolnień lekarskich z WFu, poza przypadkami utraty kończyn lub widocznych obrażeń uniemożliwiających aktywność fizyczną. Jeśli dziecko jest tak chore, że nie może przez 45 minut poskakać i poruszać się na boisku, to nie powinno być w szkole tylko w domu albo w szpitalu. Bądźmy poważni – ile dzieci naprawdę nie może brać udziału w lekcjach WFu? Czy naprawdę okres u dziewczyny to całkowita niezdolność do każdego rodzaju aktywności? Nie wierzę w to!

2. Zwiększenie ilości godzin WFu w tygodniu i ich urozmaicenie. Dlaczego jak ja chodziłem do liceum to olewałem WF, a w końcu załatwiłem sobie zwolnienie? Bo nienawidzę koszykówki, a nauczyciel nic innego nie zaoferował. To jest chore! Wychowanie Fizyczne powinno polegać na rozbudzaniu pasji do ćwiczeń i aktywnego spędzania czasu, nie na zaliczaniu dwutaktów czy serwowania w siatkówkę. Dlaczego na zachodzie całe szkoły dopingują swoje drużyny i dzieciaki z radością chodzą na treningi i zajęcia fizyczne? Bo mają wybór. Bo tak jak są dwa boiska, stanowiska lekkoatletyczne, biegowe, siłownia czy coś tam jeszcze, to przy każdej dziedzinie jest trener, który pokaże, nauczy, zainteresuje. Z najwybitniejszych utworzy drużyny szkolne, mniej zdolnych będzie uczył aż do usrania. A jak się okaże, że nie idzie, to zmieniasz dziedzinę i jedziesz dalej, szukasz, w czym jesteś dobry. Tam jest przypisany pedagog do dyscypliny, u nas WFista jest od wszystkiego. Idziesz na WF i wiesz, że będzie to samo, że każą Ci zaliczać rzeczy, których nie lubisz robić i lekcje odbywają się pod kątem najlepszych w jakimś sporcie…wiem, bo to przeżyłem…

3. Przynajmniej raz w miesiącu wszystkie dzieciaki, niezależnie od wieku powinny mieć zajęcia z wpływu czynników zewnętrznych na organizm człowieka. Niech zobaczą, co robi coca-cola z organizmem, jak nadmiar cukru niszczy zęby, jak alkohol zabija. I co dają dobre rzeczy. Takie eksperymentalne klasy nie muszą trzymać się szkoły. Zamiast ładować kasę w religię czy wyjścia na głupie filmy do kina, niech dzieciaki pojadą do fabryki żywności, wytwórni cukierków czy rozlewni alkoholu. Jak obejrzą, że w takich miejscach ludzie pracują w maskach na twarzach, żeby się nie zatruć, to dwa razy się zastanowią czy zeżreć kolejnego cuksa czy wypić colę.

4. Likwidacja słodyczy ze sklepików szkolnych nie da wiele. Po pierwsze – zakazany owoc pociąga jeszcze bardziej. Po drugie – jak nie w szkole to zakupią słodycze poza nią. Zamiast tego niech w każdej szkole będzie stołówka z prawdziwego zdarzenia. Z normalnym żarciem, po którym nie ma się ochoty na słodycze. Bo szczerze? Jak w stołówce dostanę ohydnego hot-doga albo parówkę z czerstwą bułką, to się tylko dobrze po tym posram albo porzygam, a jak będę głodny to za połowę ceny kupię sobie batonika i jakoś przetrwam do końca lekcji.

I najważniejsze…

5. Główne zadanie to uświadomienie rodziców. Bo to oni kształtują nawyki żywieniowe dzieci. Szkoła je może wzmacniać albo psuć. Ale ich nie kreuje. Jeśli rodzice wpajaliby dzieciakom dobre zwyczaje żywieniowe, rozmawialiby z dziećmi na temat jedzenia, a nie tylko traktowali to, jako swój obowiązek, to na pewno nie pozwoliliby żeby szkoła to zjebała. Tymczasem jedyną rzeczą, jaką zapewne w 80% domów się robi, to postawienie przed bachorem michy z tekstem „żryj”. Niestety rodzice tak jak nie rozmawiają z dziećmi na temat seksu, kultury czy mediów, tak nie rozmawiają na temat zdrowia czy jedzenia. Mówią tylko – to możesz oglądać, to możesz jeść, to możesz robić. A to nie jest rozmowa, to jest tyrania i temu dzieci pod nieobecność rodziców będą się przeciwstawiać. Nie twierdzę, że wszystkie rodziny tak mają, że wszyscy traktują swoje dzieci jak podległe jednostki i przykre obowiązki. Ale zbyt dużo jest takich rodzin. A dziecko trzeba traktować jak małego człowieka, który jeszcze nie wie dużo, ale docierają do niego i rozumie coś więcej niż tylko zdrobniałe bzdury i rozkazy.


Ja, zatem poleciłbym naszym posłom jedno – wywalić religię ze szkół i za te pieniądze sfinansować urozmaicenie zajęć WF i unormować kwestie karmienia dzieci w szkołach. 

Rączki biegające z piłka są o wiele lepsze dla dzieciaka niż ręce złożone w modlitwie. 

Naprawdę…