piątek, 8 sierpnia 2014

(Nie)Boska moralność

Wielu religijnych apologetów próbuje dowieść istnienia Boga przy pomocy argumentu moralnego. Argument ten brzmi:

Moralna natura istot ludzkich sugeruje istnienie twórcy moralności. Istoty ludzkie posiadają wbudowany zmysł, który mówi im, że powinny pewne rzeczy robić, a pewnych rzeczy nie robić. Jest ogromna różnica między poszczególnymi działaniami postrzeganymi jako właściwe i niewłaściwe. Ale to nie wymazuje uniwersalnego zmysłu powinności. Jakiego rodzaju wyjaśnień można udzielić co do pochodzenia tego zmysłu moralnego? Materia nie posiada takiego zmysłu, a więc materia i przypadek nie są w stanie wyjaśnić pochodzenie człowieka. Twórca moralności musi istnieć i On stanowi źródło moralnej natury człowieka.”

I teoretycznie nie można się przyczepić. Ale jak by nie można było się przyczepić, to bym o tym nie pisał J

Najpierw ustalmy jedną zasadniczą rzecz. Nie możemy w kontekście tego argumentu mówić o żadnym konkretnym Bogu. Nie może być to bóg chrześcijan, muzułmanów czy jakikolwiek inny. Bo jeśli wejdziemy w konkretnego Boga, to cały argument upada. Dlaczego? Bo nie ma jednej religii, jednego Boga, a mimo to podstawy moralne są z grubsza identyczne dla całego rodzaju ludzkiego.

Jeśli weźmiemy współczesnego boga monoteistycznego, to obejmujemy jego władaniem 1,2 mld (chrześcijaństwo) lub 1 mld (islam) populacji Ziemi. Czyli daleko od większości. Nawet jeśli powiemy – Jahwe i Allah to tak naprawdę ten sam bóg – to dopiero ledwo przekraczamy 30% ludności Ziemi.

Kolejna rzecz – musimy z dyskusji wykluczyć bogów, którzy w swoich przekazach wyrażają tezy sprzeczne z tymi uniwersalnymi wartościami. Jeśli przyjmiemy, że podstawową, integralna moralną własnością każdego człowieka jest zasada nie krzywdzenia innych i ich nie zabijania, to nasz panteon „moralnych przewodników” mocno się kurczy. Tak naprawdę, to mam przeczucie, że poza kilkoma wyjątkami (mi przychodzi do głowy tylko Dźinizm) wszystkie religie w ten lub inny sposób w sowich dogmatach, doktrynach dopuszczają przemoc wobec innych ludzi.

Zatem nie możemy w kontekście tego argumentu mówić o żadnym konkretnym bogu. Możemy jedynie mówić o bogu teistycznym w sensie ponadczasowej, nadnaturalnej istoty, zainteresowanej i ingerującej w nasze życie.

Zasadzając argument w tej koncepcji, możemy przejść dalej.

Z badań psychologii ewolucyjnej wiemy o tym, że altruizm i zasada „nie zabijaj” są zachowaniami faworyzowanymi ewolucyjnie. Grupy wewnętrznie wspierające się, nie zabijające swoich członków, zwiększają swoją szansę na przetrwanie i przekazanie genów. Osobniki robiące krzywdę innym członkom społeczności naruszają tę spójność i są wykluczane z grup. To samo dzieje się z osobnikami oszukującymi dla krótkotrwałych korzyści. Można zatem powiedzieć, że moralność społeczna jest mechanizmem ewolucyjnym, sprzyjającym procesowi rozprzestrzenianiu się genów.

Co możemy na ten temat powiedzieć w perspektywie osobniczej? Dlaczego mamy w sobie naturalna potrzebę pomagania innym lub inaczej, nie krzywdzenia innych?

Pisałem o tym w tekście „Źródło moralności” w telegraficznym skrócie powtórzę tę tezę, a zainteresowanych odsyłam do oryginalnego tekstu.

Mamy wbudowaną potrzebę szczęścia. Szczęścia zdefiniowanego jako stan ciągły, nie chwilowy stan dobrego samopoczucia, tylko trwający dłuższy czas stan radości, spełnienia czy miłości. Dawanie i odczuwanie  miłości (definiowanej jako bezwarunkowa gotowość do poświęcenia własnych zasobów do poprawienia lub zapewnienia bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia innej osoby) oraz samospełnienie (oraz akceptacja wyrazów ekspresji w otoczeniu) są podstawami do szczęścia i głównymi reżyserami tego co nazywamy moralnością. Dodatkowo każdemu człowiekowi sprawia przyjemność powodowanie u innych dobrego nastroju. Jeśli spojrzymy na nasze codzienne działania, to najwięcej radości sprawia nam po wprowadzanie różnych pozytywnych zmian u innych ludzi. I spowodowane przez takie działania samopoczucie jest na tyle unikalne, że próba wywołania go innymi metodami jest bardzo trudna lub wręcz nie możliwa.

Możemy zatem powiedzieć, że jesteśmy wewnętrznie nastrojeni do robienia dla siebie i dla innych rzeczy, które powodują, że czujemy się dobrze. Jeśli weźmiemy pod uwagę oba te czynniki – ewolucyjne faworyzowanie altruizmu i naturalne dążenie do dobrego samopoczucia jako stanu ciągłego (szczęścia), mamy podstawy tego co nazywamy moralnością.

Zostaje nam kwestia ostatnia – gdzie w tym wszystkim jest Bóg. Bo możemy opisywać mechanizmy, odnajdywać przyczyny zachowań, a i tak zawsze apologeci powiedzą – „to właśnie Bóg tak nas skonstruował”. Co może złagodzić to absurdalne twierdzenie?

Po pierwsze – dowód na istnienie Boga. Argument zakłada jego istnienie, a nie udowadnia go. Jest formą błędnego koła w rozumowaniu – moralność jest uniwersalna->materia nie ma moralności->mamy moralność->musi istnieć twórca moralności, bo…moralność jest uniwersalna…

Po drugie – zadajemy pytanie czy świadomość boga jest konieczna do posiadania moralności. Nie wiara, wystarczy świadomość. Zapewne odpowiedź będzie brzmiała, że tak. Wtedy wyciągamy z rękawa asa!

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, w lasach Amazonii zostało odkryte plemię Pirahã. Plemię to nie posiada w ogóle koncepcji Boga ani żadnego „wielkiego ducha”. Mimo to ich podstawy moralne są identyczne z tymi jakie my posiadamy. Idealnym przykładem jak działa moralność w tym plemieniu obrazuje rozmowa antropologa Daniela Everetta z przedstawicielami plemienia:



Daniel Everett:         Czy nie przeszkadza Ci, że dajesz mu jedzenie? Przecież on nic nie robi?
Członek plemienia:   Gdy byłem małym chłopcem on dawał mi jedzenie i dbał o mnie, teraz jest starym człowiekiem i ja dbam o niego.

(Artykuł o tym jak Everett dzięki kontaktowi z plemieniem przestał wierzyć w Boga TUTAJ, w najbliższym czasie poświęcę tej historii osobny wpis)


Zatem opowiedz mi jeszcze raz o tym jak to Bóg jest niezbędny do posiadania moralności i jak bardzo mylą się i błądzą wszyscy, którzy nie wierzą w Twojego Boga…opowiedz mi tę historię jeszcze raz J