środa, 8 października 2014

Wolność, religia i cały ten jazz...

Gorący temat. Zwłaszcza w USA, ale nas też w pewnym stopniu dotyka.

Chodzi o nieustającą dyskusje na temat wolności religijnej. Pisałem już o tym, ale sytuacja jest dynamiczna i chcę to poruszyć jeszcze raz.


Wolność


Musimy zdefiniować wolność. Przynajmniej pobieżnie. 

Przyjmijmy, że do dyspozycji mamy hipotetyczną oś wartości, która obejmuje zakres od -10 do 10. Wolnością będzie możliwość nie tylko wyboru dowolnej wartości z tej osi, włącznie z postawieniem siebie w pozycji „0”. Wolność to także możliwość całkowitego odrzucenia (wewnętrznego) tej osi lub dostawienie do niej własnego odbioru. Może to być numer 11, 6,5 lub dowolna kombinacja, nawet z dwóch skrajnych stron osi.

Według mnie zamknięty wybór jest ograniczeniem, jest iluzją wolności. Bo jeśli nie możesz odrzucić propozycji lub zaproponować własnego podejścia do danej kwestii – to nie możemy mówić o prawdziwej wolności.

I nie mówię o tym, że wolność nie może podlegać kompromisom, bo to by była z mojej strony hipokryzja. Cały czas idziemy na kompromisy dotyczące naszej osobistej wolności. Sam fakt, że harmonijnie funkcjonujemy (z większymi lub mniejszymi sukcesami) w społecznościach, społeczeństwie – jest wyrazem pewnego kompromisu.

Jednak tak jak pisałem – wyrazem mojej wolności jest możliwość odrzucenia propozycji. Weźmy na przykład politykę. Wolnością nie jest możliwość wyboru pomiędzy lewą a prawa stroną sceny politycznej. Wolnością jest możliwość, w obliczu takiej alternatywy, powiedzenie – nie chce mieć nic wspólnego z żadną z tych propozycji; powiedzenie – obie propozycje są nic nie warte – oto moja. To jest wyraz wolności.


Wolność religijna


Przechodzimy teraz do powiązania tego jak rozumiem wolność z tym, co w tej kwestii oferują religie.
I od razu widzimy, ze w większości, systemy religijne nie oferują wolności. Oferują alternatywę, bez wyjścia ewakuacyjnego, innej drogi. Najbliższy nam kulturowo katolicyzm jest żywym przykładem. Albo wierzysz w Boga, oddajesz mu cześć, albo trafisz do piekła. Nie ma innej drogi. Dla katolików odrzucenie koncepcji Boga jest automatycznie postawieniem się po stronie szatana. Nie innej opcji.

Dlatego sama religia nie jest wolnością i patrzenie przez pryzmat systemu religijnego nie może być jej wyznacznikiem.

Jeśli spojrzymy z poziomu wolności religijnej, to bez żadnych wątpliwości musimy przyjąć, że wolność religijna to możliwość wyboru dowolnego systemu religijnego, odrzucenie wszystkich lub nawet stworzenie własnego, osobistego systemu.

Dlatego właśnie argument, że katolicy, albo jakakolwiek inna grupa religijna ma, w imię wolności religijnej, prawo do ingerencji w przestrzeń publiczną jest postawieniem tematu na głowie.


Przestrzeń publiczna


Jeśli wchodzimy z tematem wolności na terytorium współczesnego społeczeństwa, to nie możemy nie wspomnieć o jego różnorodności. Indywidualizm jest jedną z sił napędowych cywilizacji.  A jest on możliwy tylko, gdy akceptujemy fakt, ze wszyscy są różni, ale też równi.

Prowadzi to do konkluzji, że jeśli jakakolwiek grupa polityczna, religijna lub inna, narzuca swój światopogląd innym, narusza fundament wolności. Jeśli taka grupa nie rozpoznaje prawa innych do posiadania odmiennych od nich poglądów i ich nie akceptuje – w moim odczuciu jest wrogiem wolności, niezależnie do tego jak brzmią jej hasła i doktryny. Zwłaszcza, gdy stawia fałszywą dychotomię – my kontra cała reszta.

Zatem podstawą wolności w przestrzeni publicznej jest jej maksymalna, możliwa neutralność. Tak jak w mediach – mamy prawo prezentować swoje poglądy, symbole czy przekonania, ale nie mamy prawa ich nikomu narzucać. To do odbiorcy należy decyzja, co wybierze, kogo posłucha i z kim się utożsami.
W Polsce mamy z tym poważny problem.


Przypadek – Polska


Przed każdą uroczystością państwową – msze święte. Przy okazji zakupu nowego wyposażenia dla jednostek terytorialnych – święcenia. Kapelani katoliccy we wszystkich służbach. To nie jest wyraz wolności religijnej!

Jeżeli wsadzamy wartość wolności religijnej w przestrzeń publiczną lub polityczną, to tylko pod warunkiem równego traktowania wszystkich religii. Każdy związek wyznaniowy powinien na równych prawach móc umieścić swoich reprezentantów w tych miejscach gdzie już obecny jest kościół katolicki. Nadreprezentacja jednego wyznania jest naruszeniem zasady wolności religijnej.

W tym kontekście żadna umowa międzynarodowa nie może na to mieć wpływu. I także w tym kontekście, Konkordat jest sprzeczny z zasadą wolności religijnej. O ile nie będziemy mieli w wojsku, policji, służbach celnych, szpitalach i wszędzie indziej, kapelanów protestanckich, pogańskich, muzułmańskich i na przykład doradców świeckich – nie możemy mówić o wolności religijnej. Mówimy o dominacji i preferowaniu jednej religii.

W moim odczuciu inne związki wyznaniowe powinny bezzwłocznie pójść w kierunku, w jakim to się zaczęło dziać w USA


Przypadek – USA


Sąd Najwyższy USA wydał wyrok, według którego odmawianie modlitwy przed zebraniami Rad Miejskich itd., nie jest niezgodny z Konstytucją. I obok dyskusji, która rozgorzała wokół tej decyzji, natychmiast inicjatywę podjęły niechrześcijańskie grupy religijne. I wezwały do uszanowania decyzji Sądu domagając się modlitwy ich religii przed zebraniami Rad w miastach, gdzie stanowią część społeczności. Dobrym przykładem jest zdarzenie, które miało miejsce w hrabstwie Escambia, gdzie kapłan wspólnoty pogańskiej wygłosił długa inkantację przez zebraniem Rady miejskiej. Zobaczcie:


Co oczywiście rozzłościło chrześcijan, ale nic nie mogli zrobić – wszystko odbyło się w zgodzie z prawem.
Do tego dołóżmy jesz sprawę z dystrybucją chrześcijańskich kolorowanek w szkołach, na którą odpowiedziała Świątynia Szatana z Florydy rozpoczynając dystrybucję swoich książeczek do kolorowania.

 
I coś czuję, że to nie jest koniec tej debaty, ale jej początek.


Konkluzja


Podsumowując.

Społecznym kompromisem w zakresie wolności religijnej nie powinno być wsadzanie we wszystko religii. Wprost przeciwnie! To właśnie wyjęcie religii z przestrzeni publicznej, zwłaszcza z instytucji funkcjonujących z pieniędzy budżetu państwa, powinno być normą. Osobiste wierzenia są właśnie takie – osobiste. Jeśli ktoś czuje potrzebę przed otwarciem nowego stadionu, przed rozpoczęciem roku szkolnego pójść na mszę – ma do tego prawo. Natomiast domyślną pozycją państwa, które za jedna z wartości przyjmuje wolność swoich obywateli w zakresie religijności powinien być jej brak w polityce i instytucjach państwowych. Bo kompromis polegający na wpuszczeniu jednej religii pociągnie za sobą, zgodnie z prawem, żądania do reprezentowania innych wyznań. A to oznacza chaos, i nadnaturalny rozrost struktur urzędów i służb. I jeśli komuś odpowiada to, że ceremonie religijne przed uroczystościami państwowymi trwałyby kilka godzin i wszystko to działoby się za pieniądze podatników – powinien chyba poważnie się zastanowić czy nie ma w Polsce innych, ważnych kwestii, na które brakuje pieniędzy…

A jak chce się modlić, wyznawać któregokolwiek z bogów – ma do tego prawo. Ale czy jego religia i wiara jest tak słaba, że potrzebuje politycznego wsparcia i publicznego potwierdzania? Tak tylko gdybam, bo w mojej racjonalnej głowie się to jakoś nie składa…