poniedziałek, 23 marca 2015

Śmierć złudzeń

Wczoraj obejrzałem film The Unbelievers. W Polsce go raczej szybko nie zobaczymy, ale jak
chcecie, to możecie go w sieci znaleźć (nie podam gdzie, żeby mnie ktoś o piractwo nie posądził). Film jest naprawdę warty uwagi, dość pokrzepiający i w moim odczuciu ważny.
Pod koniec filmu padła jedna kwestia, która pchnęła mnie do przemyśleń odnośnie wiary. A właściwe tego czy ludzie deklarujący wiarę, tak naprawdę wierzą w to, co głoszą, czy tylko wierzą w wierzenie. Ostrzegam, że tekst nie będzie głaskaniem nikogo po główce, czy klepaniem po ramieniu. Wprost przeciwnie. Jeśli wierzysz w życie pozagrobowe, albo daje Ci ono komfort, zamknij tę stronę i nie czytaj dalej…

Konkretnie, chodzi właśnie o śmierć. Jeżeli wierzysz w życie pozagrobowe, niebo, raj, i cały ten cyrk, to, dlaczego tak bardzo rozpaczasz na pogrzebie? Nikt nie wpada w taką rozpacz, gdy żegna kogoś na lotnisku czy na dworcu! Wiesz, że się spotkacie! Wiec rozpacz rozstania nie jest silna, nie jest rozpaczą ostateczną. A jednak głosisz, że wierzysz w niebo, a na pogrzebie ryczysz jak bóbr. Dlaczego? Widzę dwie opcje:
Albo tak naprawdę nie wierzysz w żadne życie pozagrobowe;
Albo uważasz, że nie spotkasz zmarłego, bo był złym człowiekiem (albo super dobrym) i traficie w inne miejsca – czyli się już nie spotkacie.
Bo dla kogoś, kto mówi, że z całą pewnością po śmierci coś jest, że zjednoczenie bliskich po śmierci jest faktem – reakcja po zgonie bliskiej osoby, powinna być podobna, jak smutek przy rozłące, melancholia spowodowana przewidywaniem tęsknoty. Nie lamentem bezpowrotnej straty. Przecież według wielu religii, w tym chrześcijaństwa, po śmierci trafiamy w lepsze miejsce; miejsce wolne od smutku, żalu, nienawiści i strachu. Więc śmierć powinna być powodem do świętowania, oczekiwanym końcem materialnej drogi. Celebracją, nie żałobą. Tymczasem – tak się nie dzieje. Rozpaczamy, często nawet tracimy sens istnienia. A mimo to nadal utrzymujemy, że wierzymy w życie pozagrobowe.
Jean Baptiste Oudry - Death nature with shooting gear and flowers II
Nie chcę wchodzić w tej chwili w detale tego, jakim absurdem i jak bardzo nonsensowne są koncepcje nieba, czy życia po śmierci. Chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz.
Dlaczego nie słuchamy samych siebie? Przecież rozsądek, my sami, mówimy sobie w momencie śmierci bliskiej osoby – to jest koniec tego człowieka. Opowiadają nam o tym nasze emocje, nasze naturalne reakcje. Tymczasem wmawiamy sobie jakieś bajki, z nadzieją, że ukoją nasz ból…ale one tego nie robią. Nie ma takiej bajki, która ukoi ból straty. Zwłaszcza ten pierwszy, najsilniejszy. Po później sobie pomagamy, sami i wzajemnie, przeżyć stratę. I nie bagatelizuję tutaj terapeutycznej roli wiary. Bo wielu osobom ona pomaga. Wykpiwam tutaj jedynie łatwowierność graniczącą z hipokryzją, która jest bolesna, a bywa tragiczna. Wszyscy pamiętamy historię 12 letniej dziewczynki, która się zabiła, bo chciała iść do zmarłego taty? (Możecie o tym przeczytać TUTAJ.)
Bo bardzo Was przepraszam – to są bajki. I to bajki niebezpieczne, bo nieposiadające żadnego morału. Wszyscy po śmierci raptem stają się dobrzy i idą do nieba. Wszyscy zmarli czekają na swoich bliskich. Czy śmierć ma być oczekiwanym zdarzeniem, celem życia, nadzieją? Dla mnie to tragiczne, że ludzie, zamiast traktować swoje życie jak niepowtarzalną szansę, dar losu i szczęście, kupują bajeczki i liczą na coś lepszego po śmierci. Mimo braku dowodów; mimo tego, że nikt, nigdy żadnej z wersji tej bajeczki nie potwierdził, nie sprawdził. Łudzimy się, że mamy coś więcej niż nasze życie tu i teraz…i czekamy nie wiadomo, na co.
Wiem, że to nie jest łatwe, ani proste – zaakceptować, że po śmierci nie ma nic. Znikamy. Ale z drugiej strony, gdy już oswoicie tą myśl, staracie się nie tylko żyć pełniej, ale też zaznaczyć swoją obecność na ziemi, zostawić po sobie ślad. Akceptacja faktu, że śmierć jest finiszem naszego istnienia, jest lepszym motywatorem do życia niż nadzieja na druga szansę. Dla mnie jest powodem, sensem życia. To oswojenie śmierci, jako końca wszystkiego powoduje, że chce mi się żyć, że codziennie wstaję i chcę zrobić coś dla siebie, dla innych. Żeby mnie zapamiętali, żeby zostawić coś po sobie. I staram się to robić.
Staram się to robić, bo wiem, że mój czas jest teraz i nie mam go zbyt dużo. Nie czeka na mnie chmurka i lira, ogród rajski czy ciemnookie hurysy. Muszę to wszystko zapewnić sobie sam. Tu i teraz, jak tylko mogę i tak, żeby nie krzywdzić innych ludzi. Myślenie życzeniowe nigdy nie spowoduje, że coś się zadzieje. Często jest hamulcem w działaniu. Zwłaszcza, gdy udajemy, że w coś wierzymy tylko po to, żeby oszukać samych siebie lub innych.
A naszych bliskich zmarłych mamy przy sobie. We wspomnieniach, coraz częściej na zdjęciach, filmach. I to jest dla nich drugie życie. Życie w Was. Bo lekarstwem na stratę nie jest opowiastka o
niebie, tylko akceptacja końca. I pamięć, która staje się domem dla wszystkich nam bliskich, po ich śmierci…tak jak jest przystanią podczas życia. Bo mamy dla każdego z bliskich specjalne miejsce w sobie, w naszych mózgach. I jeśli nie wyrzucimy ich stamtąd, to oni tam pozostają. Jako widmo wspaniałych wspólnych chwil, trudnych momentów i ciekawych, lub nudnych doświadczeń. To my dajemy im drugie życie i jak długo o nich pamiętamy – tak długo, ani niebo, ani żaden raj, czy bóg nie są potrzebne. A o tym jak będziemy pamiętani i przez jak długo – pracujemy dziś, jutro i pojutrze. Bo im więcej zrobimy dla innych – tym dłuższe nasze życie w nich…
Zagwarantujmy sobie długie życie we wspomnieniach innych ludzi poprzez wspaniałe życie. Dla nas i dla nich. Jak pisała nasza noblistka, Szymborska:
„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci.”