poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Walka musi mieć swój początek...

Gdy przeczytałem doniesienia prasowe o ataku islamistów na Uniwersytet Garissa w Kenii musiałem trochę ochłonąć z nerwów, żeby napisać o tym coś sensownego.
Około 10 osobowa grupa muzułmańskich bojowników wtargnęła do dormitoriów na terenie uniwersytetu. Tam oddzielała muzułmanów od chrześcijan i zabijała tych drugich. W sumie zginęły 147 osoby zanim Kenijscy komandosi wybili fundamentalistów. W dużym skrócie – możecie sami poszukać detalicznych informacji na ten temat.
Minęły cztery dni. Czy naprawdę nikt nie będzie protestował? Nie będzie tłumu polityków i zwykłych ludzi na ulicach Nairobi. Czy Wielkanoc jest ważniejsza niż śmierć półtora setki młodych ludzi?


Tyko jest ta sama hipokryzja, którą piętnuje, jeśli chodzi o inne „wolnościowe” ruchy. Bo te ruchy są głośne i odważne, gdy ktoś zagraża im bezpośrednio. Po ataku na Charlie Hebdo w Paryżu, przez Europę przelała się fala protestów jednoznacznie potępiających te ataki i w większości mówiące wprost – to islamiści, to islam jest problemem. Tym razem…cisza…bo to daleko. Nikt nie wszedł na Sorbonę z kałasznikowem, więc chyba to wewnętrzna sprawa Kenii.
I może podpadnę niektórym feministkom, ale to jest ten sam schemat. Wielkie bojowniczki o równość płciową skupiają się na grach komputerowych, mediach i słownikach, tylko mimochodem wspominając o gwałtach prewencyjnych w Afryce, żeńskich obrzezaniach i sytuacji kobiet w krajach arabskich. Znowu – koszula bliższa ciału…sos z kebaba rozlał się na moją koszulkę, więc mam problem…
To naturalne, że wraz z wzrostem odległości, rośnie też obojętność. Ale czy naprawdę zdarzenia, których nie można bezpośrednio przekuć politycznie, mają być ignorowane, bo zdarzyły się kilka tysięcy kilometrów od domu?
Czy naprawdę musimy wpuścić grupy jak ISIS, Boko Haram czy Al-Shabab do Europy, żeby
ktoś zaczął patrzeć na islam jak na problem nas wszystkich? Bo wygląda na to, że dopóki nikt nie depcze „naszej” ziemi – średnio nas to wszystko obchodzi. Czy naprawdę w dobie globalizacji, nieuniknionego i oczywistego skurczenia się świata dzięki technologii, nadal uważamy, że sytuacja na środkowym wschodzie czy w Afryce nas nie dotyczy?
Jak dużo czasu potrzeba, by takie grupy powstały w Europie? Kilka lat? Muzułmanów jest coraz więcej. I jako jedna z niewielu grup religijnych – rośnie w siłę. Wystarczy wygooglać, że młodzi ludzie kupują to, co proponuje ISIS. Młodzi Europejczycy jadą do Syrii i dołączają do ISIS. Ciekawi jesteście, dlaczego tak się dzieje? To powiem Wam jak ja to widzę.
Otóż wychowujemy dzieci w swoich religiach, chrześcijańskich czy innych. Równocześnie blokując dostęp do innych opcji, wiedzy. I co im to daje? NIC! Bo zachodnie religie nie spełniają swoich roli, wypaliły się, jako motywatory w nowoczesnym świecie. Na pierwszy rzut oka wydaje się to nieprawdą, bo widzimy dookoła jak wielu ludzie jednak deklaruje wiarę w Boga czy Jezusa. Jednak czy chrześcijaństwo angażuje? Czy daje coś namacalnego, coś, czego można się „uwiesić” i dzięki temu pokazać, że jest się kimś wartym coś więcej niż trybik w bezimiennym tłumie w kościele? Nie. A cenimy i nagradzamy indywidualizm, kreatywność, bycie „kimś”. Na poziomie ogólnospołecznym oczywiście trwa walka o jednolitość, bo tak jest łatwiej rządzić, ale na poziomie międzyludzkim – tylko ludzie inni od reszty, unikalni – coś osiągają. I tego brakuje w chrześcijaństwie. Dlatego islam ma ułatwione zadanie w kulturze zachodniej. Bo młody chłopak, czy dziewczyna, która zadeklaruje przejście na islam w wybitnie chrześcijańskim otoczeniu staje się kimś wyjątkowym. A im bardziej się radykalizuje w tej konwersji – tym większą „osobowością” się staje. I ten wirus w ich głowach rośnie, aż jedyną rzeczą, jaka mogą zrobić by utrzymać swoją podbita pozycję, jest wyjazd do Syrii, dołączenie do ISIS.
I widzę w tym dużą winę religii chrześcijańskiej, która olewa indywidualność jednostki, stawia na bycie w stadzie. Przy braku innych opcji, innych wyborów – jedyną szansą na zaistnienie staje się radykalizacja.
Dlatego, jeśli chcemy rzeczywiście powstrzymać islam w Europie, to musimy wyplenić całkowicie wpływ religii na życie społeczne, na naukę, na szkołę. Jak pisałem wielokrotnie – wirus katolicyzmu, czy chrześcijaństwa nie jest żadnym lekarstwem na raka islamu. To, co robimy, poprzez uczenie religii w szkołach, wmawianie młodym ludziom, że bez religii człowiek jest gorszy – to woda na młyn wszelkim radykalnym i fundamentalnym grupom. I nie ważne czy uczysz dziecka religii katolickiej. Jak go zindoktrynujesz do myślenia magicznego, to przejście do wiary w innego czarownika jest pestką, drobną, niezauważalną zmianą wewnątrz ukształtowanego propagandą sposobu myślenia.
Zbyt wielu osobom marzy się konflikt religijny, albo jeszcze lepiej – religijno-polityczny. Jak obserwuję jak Izrael podjudza i próbuje niszczyć ostatnie porozumienia z Iranem, to widzę właśnie to – ktoś nie chce pokoju, bo tak długo żył w stanie wojny, że nie potrafi inaczej.
Podobnie jest chyba w Polsce. My musimy mieć wroga. Wewnętrznego albo zewnętrznego. Bez niego czujemy brak celu, brak motywacji. Bo potrafimy się zjednoczyć przeciwko czemuś, komuś…nie za kimś, za czymś. Na tym też można zbić kapitał, ale czy tak naprawdę to jest dobra droga? Chyba nie. Bo jak pokonasz wroga – szukasz kolejnego. Jak zrobisz coś ”pro”, to możesz to rozwijać, doskonalić…wróg raz pokonany zyskuje litość i raczej się go więcej nie kopie…
Dlatego jeśli chcemy w Polsce uniknąć tego, co staje się problemem na zachodzie w kwestii islamizacji, pierwszym krokiem musi być totalne zlaicyzowanie edukacji. Zwłaszcza tej szkolnej. Uczmy dzieci tego, że religie istnieją, że pełnią pewne funkcje w społecznościach. Ale pokazujmy im też, do czego prowadzą. Do czego złego i do czego dobrego mogą pchnąć człowieka. W ten sposób jak przyjdzie imam z ciastkiem, to nasze dziecko powie – „smaczne te herbatniczki, ale Wasz prorok, którego czcicie, był pedofilem i mordercą…”. I ksiądz też usłyszy, gdy podjedzie zbyt blisko o tym, że dziecko nie jest sprzedane przez dwie godziny propagandy tygodniowo – tylko ma wiedzę o tym, o czym proboszcz nie wspomina podczas kazań w niedzielę na mszy dla dzieci…