środa, 19 października 2016

Ateizm stadny – czas na rzeź


Przyszedł czas, że poczułem potrzebę opisania mojego doświadczenia z ateizmem. Jako człowieka i jako osoby piszącej w sieci.

Przez jakiś czas dość dużo na ten temat pisałem, dyskutowałem on-line i byłem aktywnym uczestnikiem "półświatka" polskiego ateizmu internetowego. Po ponad dwuletniej przygodzie w tym dominium, dotknęło mnie olśnienie i chce się nim podzielić.

Nie będę Wam streszczał, jak zaczęła się moja przygoda z ateizmem, jako postawą światopoglądową. Jeśli chcecie, możecie prześledzić blisko 700 wpisów na blogu i zobaczyć jak to wyglądało. Napiszę Wam jednak, co zaobserwowałem i co widzę, po ponad rocznym odwirowaniu z tematu i środowiska.

Dogmatyzm i ideologizacja


To chyba najgorsze, co może spotkać osobę nazywającą siebie wolnomyślicielem. Bo nie mówię już o ateizmie jako postawie, poglądzie. Ateizm to postawa wobec JEDNEJ tezy i budowanie wokół tego czegokolwiek więcej jest nieporozumieniem. Wolę nazywać się sceptykiem, realistą (od określenia „racjonalista” też uciekam bo zostało skażone). A jeśłi mogę - po prostu soba, bez etykiet, które szkodzą i to bardzo.

Otóż w zawsze, w sytuacji gdy w jakiejś grupie powstaje grupa liderów opinii, zaczyna się dziać coś bardzo niepokojącego. Otóż okazuje się nagle, że są ludzie, którzy mają więcej racji niż inni. I im więcej tej racji rzekomo mają, tym bardziej zaczynają te racje uznawać za prawa, pewniki i ideologie, które powinni akceptować inni.  A przynajmniej je szanować. Oczywiście będą mówić, że Twoja opinia jest równie ważna i masz prawo do kwestionowania i podważania ich tez i założeń - „ALE”. To trochę tak, jak asekuracyjnie mówią kretyni – „Żebyście mnie nie zrozumieli źle, nie jestem rasistą, ale czarnuchy powinni zostać w Afryce”. I tym podobne kwiatki.

Bo tak wygląda rozmowa z taki „liderem” opinii. On wie, że zgodnie z logiką dyskusji nie powinien tego robić; on wie, że robi dokładnie to samo, co piętnuje w ideologiach opozycyjnych wobec jego; wie jednak jednocześnie, że ma za sobą pewna społeczność myślącą podobnie i dlatego ma w dupie.
Dlatego mamy na FB Grupy, gdzie admini, „wyzwoleni z jarzma boskości ateistowie”, blokują i kasują wypowiedzi i treści, które nie pasują im formą albo treścią. Dlatego mamy strony internetowe, na których samozwańczy „redaktorzy” i stróże poprawności politycznej, kasują komentarze i cenzurują głosy krytyki wobec ich koncepcji ateizmu. Dlatego powstają grupy wzajemnego cmokania się po dupach, gdzie jeśli wejdziesz i skrytykujesz kogokolwiek, to jakbyś podpadł zorganizowanej grupie trolli internetowych.

I wszystko to dzieje się wokół jednej opinii, na temat jednej tezy. Nie wierzę w Boga. I najbardziej wkurwiające w tym jest to, że ta postawa jest tak oblepiona wszelkim ideologicznym gównem, że nie da się już oskrobać jej z tych śmierdzących dodatków. I jeśli wchodzisz w dyskusję, na jakimkolwiek forum ateistycznym, bardzo szybko się orientujesz z jakim typem stolca masz do czynienia w tym kiblu.

I wszechobecna łatka – „nie jesteś prawdziwym ateistą, bo prawdziwy ateista to…”. Podręcznikowy przykład debilizmu.

Jeśli chcesz dyskutować o ateizmie (co notabene jest bez sensu), ale opiera się to na wykazywaniu przewagi jednego „ateizmu” nad innym, to wsadź sobie przycisk „Lubię to!” w dupę i pokręć kciukiem. Może sprawi Ci to przyjemność, a może Cię zaboli. Ciesz się z obu, bo to jedyne prawdziwe uczucia jakie Cię czekają w najbliższym czasie.

Dyskusje


Bo nie można już normalnie dyskutować w domenie dogmatycznych ateistów. Mają swoje reguły, założenia, zasady i nienaruszalne prawdy. Ale nie są żadną religią ani ideologią. Nie, nie… Każdy może myśleć co chce, jeśli mieści się w ramach konwencji.

Nie wolno też krytykować żadnych organizacji czy grup, publicznie walczących o świeckość, ateizację czy laicyzację. Jak to zrobisz, to zobaczysz, że wśród jaśnie oświeconych znajdują się Krystyny Pawłowicz i Macierewiczowie. Tak przesiąknięci misjami swoich organizacji i aspiracjami politycznymi, że krytyka ich działań, to jak nasranie im publicznie na głowę. I oczywiście jak to zrobisz – nie jesteś ”prawdziwym ateistą”.

I dobrze. Bo czasem jak ktoś mnie pyta o poglądy, to wstydzę się mówić o sobie per „ateista”. Te wszystkie grupy, organizacje i kliki zrobiły jedno wielkie szambo z tego pojęcia. Z prostego, nienaładowanego dodatkową wartością określenia osoby niewierzącej w Boga, zrobili łatkę polityczną, ideologiczną, która definiuje w publicznej świadomości znacznie więcej niż rzeczywiście w sobie niesie.

I obwiniam za ten stan rzeczy także siebie, żeby nie było. Bo niosłem publicznie ten kaganek przez długi czas. Aż zorientowałem się, że ateizm dla wielu stał się etykietką. Banerem, dzięki któremu mogą zaistnieć w mniejszościowym środowisku, pozować na mądrzejszych i inteligentniejszych niż są. Bo łatwiej jest doładować praktycznie pustą ideę niż modyfikować skomplikowaną koncepcję. Dlatego ateizm, jako pogląd stał się etykietką biedy intelektualnej i zwykłych leniwych ignorantów, którzy mają swoje obiekcje wobec zastanej rzeczywistości, ale po co mają się wysilać na wypracowanie własnej opinii, skoro mogą skopiować i polajkować czyjąś opinię.

Ludzi w prawdziwym świecie gówno obchodzi Bóg czy religia. Używają tych pojęć i bytów jako wymówek, usprawiedliwień i podstaw przyzwyczajeń. Na co dzień – to się nie liczy. A tych, co żyją swoimi poglądami, wiarą, czy filozofiami jest garstka. Tak jak ateistów. Bo nikt, zmagając się z codziennymi sprawami, życiem, chorobami, pracą i radościami do których zawsze chcemy dążyć, nie będzie zajmował się dyskusją o czymś, co nie ma znaczenia, z kimś kto i tak nie wierzy że to coś istnieje. To głupie! To tak jakby rozmawiać o jakości najnowszego wykonania uwertury Mozarta, przez orkiestrę piesków preriowych, w aranżacji na sprzęty kuchenne. Chore i absurdalne. I jeśli potraktujemy to jedynie jako ćwiczenie wyobraźni – może być zabawne. Jeśli zaczynamy w taką dyskusję wkładać emocje, nerwy i antagonizację ludzi wobec siebie – mamy poważny problem.


Wiec moja konkluzja jest taka.

Bądź sobie kim chcesz, wierz sobie w co chcesz. Jeżeli chcesz pogadać o rzeczach, które są dla Ciebie ważne – proszę bardzo, możemy pogadać. Jeśli chcesz zapytać mnie, co sądzę na jakiś temat – z chęcią odpowiem, pogadam. Nie nazywaj mnie jednak ateistą, lewakiem, bezbożnikiem czy inną etykietką, to odwzajemnię to i pogadamy jak ludzie, którzy potrafią zobaczyć w książce więcej niż okładkę. 

Rozmawiajmy o rzeczach istotnych, o rzeczywistości, nie o ich wyobrażeniach. To jest rozmowa dwóch ludzi, nie filozoficzno-ideologiczny dyskurs miedzy szkołami myśli współczesnej. Zatrzymajmy rozmowy na tym niskim i upadlającym dla wielu poziomie, a zobaczycie, że szybciej się dogadamy. Debaty zostawmy teoretykom, politykom i akademikom. Napijmy się kawy i pogadajmy co sadzimy o jej smaku, pogadajmy o tym jakim chujem jest jeden czy drugi polityk, albo jak według nas powinna wyglądać służba zdrowia. Tak po ludzku. Normalnie. Bez uprzedzeń i z otwartymi głowami.

I nie zapominajcie, że uczciwość jest ważniejsza niż wygrana w dyskusji.
Warto nauczyć się mówić „nie wiem”. Serio :)