wtorek, 4 października 2016

Prawo do protestu

Wczoraj w całej Polsce i za naszymi granicami odbył się Czarny Protest. Widać go było wszędzie i odbił sie szerokim echem we wszystkich mediach. To dobrze. Jednak jest kilka kwestii, które zaczęły mnie zastanawiać przy okazji tych relacji i nasunęły mi kilka refleksji.

Wszystkie media podkreślają LICZBY protestujących. I to niekiedy, jako najważniejszą informację
dotyczącą protestów. Tylko, czy to jest takie ważne? Czy istotne jest, że za jakąś sprawą występuje 100 czy kilka tysięcy osób? Otóż nie. Ale robi się z tego główny wyznacznik akcji. Czy tak wyglądać powinna demokracja w polskim wydaniu?

Zastanówmy się. Mówimy o tym, że demokracja to władza ludzi, że to społeczeństwo, obywatele powinni decydować o tym jakie prawo powinno być stanowione i to obywatele powinni z tego rozliczać polityków. Tylko jak ma dojść do rozliczenia, skoro frekwencje wyborcze nie dopinają nawet 50% uprawnionych, a o zwycięstwie decyduje 30-40% z tej liczby? Czyli o wyborze partii rządzącej decyduje...15% społeczeństwa! To smutne i straszne zarazem. Bo swoją biernością pozwalamy aby margines dyktował warunki.
Druga strona. Jeśli chodzi o procesy legislacyjne, nowe projekty ustaw, wymagane jest zebranie tysięcy podpisów. Tylko, czy jedyną formą wpływu na politykę w państwie demokratycznym ma być projekt ustawy? Czy to, ze ludzie, nawet w najmniejszej liczbie, się z czymś nie zgadzają, oznacza, że można ich zignorować. Zwłaszcza, jeśłi uważają, że ich prawa są naruszane?
Owszem, nie możemy dać rządzić mniejszościom, ale czy możemy sobie pozwolić na ich ignorowanie?

Dochodzimy do clou problemu. W demokracji mamy do czynienia ze zbiorem mniejszości światopoglądowych, które na jakimś poziomie zbierają się wokół idei, partii czy koncepcji. Taką strukturę gwarantuje wolność słowa, wyznania czy sumienia. Jeśli zignorujemy taką mniejszość, to rozbijamy podstawy, kruszymy fundamenty tego, czym demokracja być powinna. Bo demokracja to nie jest dyktatura większości. Demokracja nie polega na tym, że większość rządzi mniejszościami. Większość wybiera rządzących całym krajem, którzy muszą zadbać o wszystkich obywateli, niezależnie od tego czy popierają tych polityków czy nie. I o tym, zdaje się, polscy "wybrańcy", zapominają. Dla nich bycie wybranymi to sukces i tryumf, nie początek służby. I przez cały dany im czas robią wszystko by dopieścić tych, którzy ich wybrali, zamiast zadbać o całe społeczeństwo.

Dlatego właśnie, nie jest istotne ile osób protestuje przeciwko jakiemuś poronionemu pomysłowi. Ważne jest to, że kilku, kilkuset, kilka tysięcy obywateli poczuło, że ta idea zagraża ich podstawowym prawom. To jest zaczynek do dyskusji, rewizji konceptualnych. Jeśli polityk ignoruje takie głosy, jeśłi partia ma w dupie protest, bo nie przyszło kilkaset tysięcy ludzi, to pokazują jednoznacznie, że do sprawowania władzy w państwie demokratycznym się nie nadają. I niestety tak to wygląda w naszym kraju. Z jednej strony mamy ciągły karnawał wyborczy, byle się przecisnąć przez kolejne wybory, byle dopieścić ideologicznych i światopoglądowych sprzymierzeńców. Z drugiej mamy dorobkiewiczów, którzy weszli do struktur władzy i szarpią co się da, resztę mając w dupie. Polityków mających za cel poprawę warunków życia w tym kraju jest margines. I dopóki ludzie, społeczeństwo bedzie na to pozwalało, będą się do izb parlamentu dostawały takie potworki jak ustawa o zakazie aborcji. Ustawa, ktora w ogóle nie powinna zostać wzięta pod uwagę, bo jest prawnym bublem ograniczającym gwarantowane prawa. Jeśli znajdziemy w demokratycznym kraju, chociażby jedną osobę, której prawo do zdrowia lub życia jest łamane jakimś przepisem, taki przepis powinien lądować w koszu. Nie być powaznie traktowanym projektem, za którego rozpatrzenie, głosowania, poprawki i wdrożenie zapłacimy wszyscy.