piątek, 21 października 2016

Służbo zdrowia – WTF!?


Każdy obywatel naszego pięknego kraju ma prawo do opieki zdrowotnej. Tak wygląda sytuacja od strony teorii. W praktyce, uzasadnione są dowcipy o tym, ze jeśli aborcja byłaby refundowana przez NFZ, to abortowalibyśmy dwulatki. To oczywiście żarcik na granicy przyzwoitości, ale oddaje to, co dzieje się w naszej ukochanej służbie zdrowia.

Przyczyn tego jest całe mnóstwo. Od tego, że systemy kolejkowe i koszykowe nie działają, poprzez fakt że NFZ jest kolosem zarządzanym z czarnej dziury w którą wpadają pieniądze, aż po to, że usługi refundowane są arbitralnie według posiadanego budżetu a nie zgodnie z potrzebami „klientów”.

I tutaj zasadza się moja refleksja.

Bo co miesiąc zabierana jest z mojej pensji pewna kwota, która ma mi gwarantować „bezpłatną” opiekę zdrowotną. O to jest ok. Tylko czemu, jeśli w danym miesiącu nie korzystam z tego prawa, to kasa przepada i znowu muszę zapłacić, żeby utrzymać uprawnienia? Dlaczego pieniądze nie wpadają na moje „konto” w NFZ i nie mogę nimi zarządzać w zakresie wydawania na usługi z koszyka medycznego? Poczekajcie, zaraz Wam opiszę, jak sobie to wyobrażam.

Otóż przyjmijmy, że każdy co miesiąc, obowiązkowo wpłaca do NFZ kwotę X. W skład tej kwoty wchodzi – abonament (kilka do kilkunastu procent całej kwoty), reszta środków jest do dyspozycji w ramach katalogu usług. Abonament służy pokryciu kosztów utrzymania systemu. Rząd/NFZ negocjują z placówkami medycznymi stawki na usługi i publikują cenniki usług. Pełny wolny rynek. Jeśli jakiś szpital albo przychodnia oferuje lepsza jakość usług to może mieć wyższe ceny, jednak nie przekraczające ustalonej w toku negocjacji kwoty maksymalnej. Czyli jedna przychodnia bierze 30 PLN za wizytę internistyczną, inna bierze 50, ale nie mogą przekroczyć maksimum jakim jest, na przykład 70 PLN. W ten sposób, placówki, definiują wszystkie oferowane usługi. I działają na zasadzie normalnych biznesów, gdzie klient rezerwuje wizytę/usługę, potwierdza posiadanie środków na koncie NFZ i po wykonaniu usługi potwierdza obciążenie konta kwotą za usługę. Proste? Proste! Dziś robimy to praktycznie codziennie. Rezerwujemy usługę, ktoś ją wykonuje po cenie, którą ma w cenniku i za nią płacimy. Teraz się zaczyna…

Otóż każdy obywatel, który chce mieć zapewnioną w takim systemie opiekę, musi płacić minimalnie sam abonament. Pozostałe środki wpłaca wybierając jeden z planów oferowanych przez NFZ i gwarantujący, na przykład – jedną wizytę internistyczną w miesiącu. Plan wybiera się raz w roku i środki nie skonsumowane gromadzą się na koncie. W ten sposób, jeśli nie choruję przez cały rok i ani razu nie byłem u lekarza – mam kasę, żeby w przypadku poważnej choroby lub wypadku nie martwić się o koszty.

Jest jeszcze kwestia refundacji lekarstw. Otóż mogę w ramach usługi do abonamentu zagwarantować sobie kwotową obniżkę na leki w danym miesiącu. I też, jeśli w ramach opłaty wpłacam Y na poczet leków, to jeśli w tym miesiącu nie realizuje recept, to środki mi się kumulują.
To proste mechanizmy sprawdzające się w wielu segmentach usługowych. Oczywiście wdrożenie takiego systemu w odniesieniu do służby zdrowia to rewolucja i zatkanie czarnej dziury powodującej burdel w NFZ.

Tylko nikt nie wprowadzi takiego systemu lub podobnego. Mimo tego, że dopracowany (bo powyższe to tylko luźne idee) i dokładnie przeanalizowany mógłby sprawić, że z dnia na dzień mógłbyś ogarnąć wszelkie problemy zdrowotne. Bo nie można oddać kontroli nad funduszem jego klientom! Nie można stworzyć sytuacji by cena i jakość usług decydowała o tym, czy dana placówka zdrowia nadal istnieje. Nie. Trzeba dotować nierentowne szpitale z grzybem na ścianach. Pchać kasę w dupę gigantom farmaceutycznym, poprzez wpisywanie środków na listę refundowań w zamian za przekazywane pod stołem benefity.


Potencjalna transparentność tego systemu nie jest jednak pożądana. Bo nie będzie czego naprawiać. A służbę zdrowia naprawiamy non-stop. Tylko, że robimy to metodą pana Mietka, co kładzie kafelki tak, żeby za pół roku znowu mieć robotę, bo poodpadają. Z resztą jak wszystko w tym pierdolonym kraju. Ubezpieczenia społeczne, rentowe, emerytalne, zdrowotne. Wszystko jest ciągle do naprawy i ciągle kolejne grupy biją na obietnicach naprawy polityczny kapitał. I nikt nikogo z tego nie rozlicza, bo ludzie mają w dupie wybory, w których de facto nie decydują o niczym. Tego nas nauczyli politycy. Że są bezkarni. I my to kupiliśmy. A płacimy im śmieszna frekwencją wyborczą, co powoduje, ze twarde, często radykalne elektoraty decydują na wszystkich o „dobrej zmianie”. Brawo obywatele! Oby tak dalej. Nie ma to jak mieć oczekiwania i siedzieć, czekając na ich spełnienie. Tylko przyklasnąć…