piątek, 9 grudnia 2016

Twórcza prowincja - Cebulandia

Trochę ponarzekam. Czasem trzeba, czasem człowiek musi…inaczej się udusi.


Co jakiś czas oglądamy i czytamy o ogromnych zadymach wokół kradzieży treści, piractwa i innych zjawisk, które przyniosła za sobą rewolucja cyfrowa, której jesteśmy świadkami i uczestnikami. I możemy dyskutować o tym czy te kwestie są moralnie złe, szkodliwe czy wręcz przestępcze. Tylko czy ta dyskusja ma sens? Bo zawsze, nienależnie od tego gdzie spojrzymy, złodziej i kombinator będzie wyprzedzał innych o dwa, trzy kroki. Taka jego rola i taki jego fach.

To dzięki awanturze z Napsterem, potem z torrentami, sieciami P2P i innymi formami kradzieży muzyki, powstały platformy do streamingu. TIDAL, Spotify, YouTube. Dziś za dwie dyszki miesięcznie masz muzyki tyle, że nie przesłuchasz choćbyś siedział i nic innego nie robił. A jak się uprzesz i nie przeszkadzają Ci reklamy – to możesz mieć to za darmo, legalnie. I jest świetny Soundcloud. Platforma gdzie każdy może udostępnić swoją twórczość audio. Czy to podcasty, utwory, całe płyty (niezależnie od gatunku). Plus BandCamp, gdzie możemy bezpośrednio od twórców kupić płyty, a często pobrać je za darmo lub za dowolną, wybraną przez siebie kwotę.

Nagminna jest kradzież książek cyfrowych. Setki, jeśli nie tysiące ludzi codziennie pobiera nielegalnie kopie eBooków, komiksów czy innych treści pisanych. Jest już Legimi, który za cenę około półtorej książki drukowanej oferuje nielimitowany dostęp do tysięcy publikacji cyfrowych. Ten segment jeszcze kuleje, ale idzie w kierunku wytyczonym innymi. Obok tego funkcjonuje cała ogromna blogosfera, która, przyznajmy się szczerze, czasem oferuje znacznie więcej niż opłacani przez korporacje i duże wydawnictwa grafomani tworzący pod presją kasy i czasu.

W segmencie wideo mamy dziesiątki narzędzi do oglądania filmów, seriali i programów TV. Płatnie lub za free. Mamy Netflixa, HBO Go, Playera, Iple. A jak ktoś wie jak używać VPN to może korzystać z Hulu czy innych serwisów zachodnich. Nie możemy zapomnieć o YouTube, ale o tym za chwilkę. Według mnie, biorąc pod uwagę nagonkę na ścigane filmy, zasysanie filmów z torrentów czy innych sieci jest bez sensu. Serio.

No i jest YouTube, Vimeo, Periscope czy Facebook. Wymieniam je jednym tchem, bo wszystkie mogą służyć, bo publikowania treści wideo. O ile Periscope (od Twittera) jest raczej platformą do streamowania na żywo, pozostałe platformy oferują też publikację filmów nagranych przetworzonych i przygotowanych w profesjonalny (lub nie) sposób.

I jeśli miałbym prorokować o przyszłości, to pójdziemy w kierunku darmowego udostępniania treści autorskich. Autor nie będzie zarabiał bezpośrednio na tym, co stworzył, bo ten model się wypala, kruszeje. Zagarnięty i zepsuty przez wydawnictwa, pośredników, marketingi, terminy i cały ten przemysł. Twórca pozoruje niezależność swojej sztuki, szarpiąc się w kajdanach wydawniczych konglomeratów. 
Czy mam podstawy do takich ocen? Mam.

W zeszłym roku YT wypłaciło artystom ponad miliard dolarów zysków z reklam wyświetlanych przy ich utworach (na oficjalnych kontach); większość poczytnych autorów ma swoje blogi, podcasty czy kanały na YT i oferuje mnóstwo treści za darmo; muzycy coraz częściej wybierają crowdfunding lub nagarnia za własne pieniądze; filmowcy i amatorzy kręcą za pieniądze od sponsorów i ludzi coraz ciekawsze krótkie formy (vide Legendy Polskie od Allegro) i dają je ludziom za darmo w ramach YT. I te trendy nie zwalniają. Powiedziałbym, że nabierają na sile i się wzmacniają. Mamy tylko w naszym kraju jeden malutki problem.

Jak dasz Polakowi coś za darmo, to jest zadowolony w chuj. Cieszy się jak dziecko. Tylko nie waż się przypadkiem poprosić o wsparcie finansowe czy zapłatę za kolejne treści. To jest passe! Nie wolno Ci zarabiać pieniędzy jak dajesz coś za free! To hipokryzja i złodziejstwo! I nie ważne, że poświęcasz godziny, dni na przygotowanie materiałów, tekstów, obrazów, nagraniu, postprodukcji, miksowaniu itd. Kogo to obchodzi. Końcowy produkt ma być za darmo i nikogo nie interesuje, że zainwestowałeś swój czas, zasoby i niekiedy gotówkę. Mogłeś tego nie robić, sam dokonałeś wyboru, wiec teraz nie sap i nie proś o kasę. Brzmi to dla Was rozsądnie? Jeśli tak, to jesteście częścią problemu. Bo nie szanujecie twórcy, tylko własną konsumpcję. A jak twórca nie czuje od widza szacunku – to nie będzie go oddawał. I nie mówimy o szacunku w kwestii tolerowania czy wyrazów uznania za treść, która się nam podoba. Chodzi o wbicie sobie do pustych głów, że coś, co dostajesz za free, kogoś kosztuje. Czas, energię, prąd, czasami sen i zdrowie. Jeśli nie masz tego w swojej zajebanej głowie, to nie proś nikogo o to, żeby zajął się jakimś tematem, skomentował jakiś film czy napisał artykuł na temat, o którym chcesz przeczytać. I to najlepiej na już, na wczoraj, od ręki, szybko i sprawnie…i nadal za darmo. Zróbcie sobie, drodzy abnegaci, eksperyment i napiszcie do agencji reklamowej zapytanie ofertowe o tekst sponsorowany na dany temat czy o nakręcenie filmu traktującego o jakiejś kwestii. Zobaczcie ile krzykną. Teraz spójrzcie na swojego autora, który odpisuje Wam na maila, że postara się przyjrzeć tematowi w najbliższym czasie, ale nic nie gwarantuje, bo musi zapierdalać osiem godzin w biurze, żeby po godzinach pisać czy kręcić filmiki. I macie czelność i odwagę cywilną wieszać na nich psy, bo „miałeś coś napisać na MÓJ temat. Czekam już dwa tygodnie Ty chuju. Jesteś do dupy, bo nawet nie potrafisz wziąć się poważnie do roboty. Jestem Twoim fanem, nie lekceważ mnie cipo!”.

Powiem Wam tak – łatwo jest być roszczeniowym fanem kogoś, kto daje wszystko, co tworzy za darmo. Nie jest łatwo być fanem kogoś, którego całą twórczość trzeba kupić. Najtrudniej jest być fanem, dzięki któremu twórca żyje i tworzy.

Ostatnia grupa nie tylko ma na sobie odpowiedzialność za swojego idola, ale także zawsze ma wpływ na niego, jest jego partnerem.

I ten model na zachodzie i w bardziej cywilizowanych krajach ma się doskonale. Fani wspierają swoich ulubionych twórców, dzięki temu oni mogą tworzyć lepsze treści, częściej, więcej. Słuchają swoich fanów i biorą ich zdanie pod uwagę. Zapraszają do współtworzenia treści.

W tym zasranym kraju, jak zaczniesz dawać coś za darmo, to zapomnij o fanach z trzeciej grupy. Oni nigdy nie wyewoluują z pierwszej. Taka mentalność cebulacka. Jak autor daje, to jesteśmy fanami; jak się potknie noga i poprosi o pomoc – hak mu w smak, niech sobie radzi sam, przecież tyle kasy zarabia na reklamach, na YT, na sponsoringu. Bo przecież ciągle pisze o jakiś firmach, stronach. Ma kasy w chuj, skoro siedzi i nic nie robi (zbiera materiały, pisze, nagrywa, montuje – ale to nic). I jak wchodzą na swoich ulubionych twórców na Patreona i widzę, że setki, tysiące ludzi zrzuca się po kilka dolarów, tyko po to, żeby bloger czy YouTuber mógł spokojnie robić swoje, to aż mnie ściska w środku na mentalność tego zasranego narodu. I sam wrzucam parę dolców dla swoich ulubieńców. I nie robię tego ze swojego oficjalnego konta, bo nie o to chodzi, żeby się pochwalić, że jestem patronem. Bo jestem jednym z tysięcy, nie stać mnie na najwyższe progi, czy czasem nawet na minimalne. Ale dorzucam swoją cegiełkę. Dolar tutaj, dolar tam. I patrzę.

Tymczasem w Polsce – daj, daj, daj. Ile? Ochujałeś? Chcesz pięć złotych za eBooka, nad którym siedziałeś kilka miesięcy? Chcesz dwa złote za dwugodzinny film, który kręciłeś osiem godzin i montowałeś kolejne 12? Chyba Ci się pojebało! Dawaj za darmo, to wtedy rozważę czy będę twoim fanem. Inaczej – spierdalaj złodzieju.

Brzmi znajomo? Dla mnie brzmi. I jest mi przykro, że ludzie, którzy tworzą, muszą się z tym borykać. Muszą walczyć z zasranymi wieśniakami z mentalnością pseudokibica, który przez płot wchodzi na mecz, i ma jeszcze pretensje jak jego drużyna przegrywa, a on za zadymę dostaje zakaz stadionowy. Przecież jest fanem! Bez niego drużyna nie znaczy nic! Pierdolcie się samozwańczy pseudofanowie, tyle Wam powiem. Im głośniej krzyczysz – „beze mnie jesteś nikim”, tym mniej znaczysz. 

I najpiękniejsze w tym jest to, że twórcy nie przestaną tworzyć. Możecie ich olewać, brać wszystko za darmo i nie oglądać się na nich. A oni będą robili swoje. Bo to kochają, bo chcą to robić i chcą gdzieś z tym iść. I będą szli. Wolniej lub szybciej, sami lub w towarzystwie. W ten sposób rozpoznaje się pasję, zaangażowanie i oddanie czytelnikom czy widzom. Nie liczy się tego w euro, dolarach czy złotówkach. Bo to są środki do celu, narzędzia. Nie treści. Nie sztuka. Nie wartość sama w sobie.