niedziela, 10 listopada 2013

Ty z związku ze sobą

Miałem już dziś nie pisać, ale leżąc na wyrku, ćmiąc szlugi podczas oglądania co weekendowej porcji seriali, mnie tchnęło. Nie piszę "natchnęło", bo to implikuje wpływ zewnętrzny. Ja mam tak, że to wyłazi gdzieś ze środka.

Bardzo często zastanawiam się jak to jest, że niektórzy z nas są pewni siebie, wiedzą gdzie idą i co chcą osiągnąć, gdy w tym samym momencie większość z nas nie ma pojęcia nawet kim jest.

Oczywiście, jest to zagadka unikalna dla każdego z osobna. Ja napiszę jak to widzę ze swojej perspektywy.

Moja droga do osobowości i odrębności zaczęła się bardzo wcześnie. Pamiętam to jednak bardzo dokładnie. To był 1995 albo 1996 rok. Stare Hybrydy na Złotej w Warszawie (ech, to były imprezy). Spotkałem tam znajomych ze starszej klasy z liceum. Właściwie nie znaliśmy się wcześniej, zaczęliśmy rozmawiać, dzielić się wrażeniami. Zwykły small-talk. Zaproponowali mi LSD. Taki mały kartonik z obrazkiem Barta Simpsona. Wziąłem połówkę. Nie będę zanudzał jak to czekałem, aż mnie trąci. Wiem jedno. W pewnym momencie świat się zamknął i postawił mnie w samym środku. Obserwowałem ludzi bawiących się w klubie z perspektywy kogoś, kto może nie jest od nich lepszy, a na pewno inny. Zdałem sobie sprawę ze swojej odmienności i urósł we mnie bunt, głos który przez resztę życia szepcze do mnie "Jesteś wyjątkowy i niepowtarzalny. Musisz być inny, żeby być sobą."

Taka postawa jest bardzo trudna, w sytuacji gdy jesteś zależny od wszystkich dookoła. Bo niby jak masz się buntować jak nie masz nic. Nie było to możliwe, więc przez kolejne lata w różny sposób ulegałem wpływom i konformizmowi. Nie narzekam i niczego nie żałuję. Były to lata z dzikimi imprezami w Baszcie, szalonymi domówkami i dużą ilością, nie do końca bezpiecznych i zdrowych przygód. Kilkanaście albo kilkadziesiąt razy wracałem do LSD, jednak prawie zawsze sam. Nie lubiłem brać kwasa z kimś, dawać się wciągać w różne niekoniecznie fajne loty. Dawałem czadu z alkoholem i spróbowałem chyba wszystkiego poza heroiną.

Po skończeniu liceum dopadła mnie dorosłość. Pracowałem dorywczo, w weekendy, już od 16 roku życia, więc skok nie był aż tak traumatyczny, ale miałem swoje wzloty i upadki. Za upadki do dziś jeszcze płacę długi.

Ile czasu zajęło mi, żeby na dobre wrócić i posłuchać głosu z 1995 roku? Szczerze - ponad 15 lat!

Odstawiłem alkohol, nie używam żadnych narkotyków, nawet trawy. Zostały mi fajki i chyba już zostaną.

Zauważyłem wtedy, że opłaca się być sobą. Opłaca się być indywidualistą. Na początku nie jest łatwo, bo ludzie nie rozumieją. Jesteś kimś, kto nie przypomina im nikogo i oni mają z tym problem. Brakuje szufladki, przegródki. Nie wiedzą jak Cię traktować, jak reagować. Muszą się Ciebie uczyć. Jeśli jednak im na to pozwolisz, to czeka Cię sporo fajnych chwil.

Jak dojść do siebie, jak oderwać się od konformizmu i rozpocząć poszukiwanie samego siebie?

Najpierw olałem to, co sądzą o mnie inni - to podstawa. Ludzie zawsze będą Cię oceniać, ważyć i kategoryzować. Dopóki bierzesz to do siebie, to nie jesteś sobą. Jesteś ich wyobrażeniem Ciebie. Oni kreują Ciebie.

Gdy zaczynasz widzieć siebie, masz dwie drogi - albo to zaakceptujesz i rozpoczniesz wewnętrzną ewolucję w pożądanym kierunku, albo to znienawidzisz i zapewne szybko wpadniesz w depresję. Jak wpadniesz w krąg odrzucenia samego siebie, to masz problem i albo skończysz z podciętymi nadgarstkami w wannie z gorącą wodą, albo wrócisz do bezpiecznej przystani osobowości kreowanej przez innych. Ja poszedłem w akceptację. Zaakceptowałem, że nie jestem playboyem i nigdy nie będę; zaakceptowałem, że jestem gruby i zbyt leniwy żeby ćwiczyć; zaakceptowałem, przede wszystkim to, że jestem jaki jestem tu i teraz i jedynie ode mnie zależy, jaki będę.

Zadaję sobie czasem pytanie w jakim miejscu drogi jestem, jak dużo jeszcze mam do przejścia, żeby odkryć samego siebie. Odpowiedź jest banalnie prosta. Jestem zawsze na początku kolejnego kroku, a droga się nie skończy dopóki żyję. To jest kwintesencja. Stale się zmieniam, pracuję, żeby się rozwijać. Z różnymi efektami. Przede wszystkim pozbyłem się żalu. Nie żałuję niczego w swoim życiu. Odkąd zdałem sobie sprawę, że wszystkie decyzje podjąłem sam, nie ma we mnie złości na samego siebie, która rodzi żal i wyrzuty. Hej, to była moja decyzja, nawet jeśli wtedy nie wziąłem pod uwagę konsekwencji, to teraz je znam.

Wyraźnie rozdzielam marzenia od celów. Rozpoznaję różnicę. Cel to coś do czego dążę, co chcę osiągnąć i na co pracuję. Marzenie to coś co chciałbym żeby miało miejsce. Czujecie różnicę. To podstawa do rozwoju. Czasem marzenia się spełniają, ale tylko jeśli staną się celami, czyli nie same z siebie. Lubię stwierdzenie, że gonię za marzeniami zamieniając je w cele. Nie więzienną oczywiście, chociaż jest i taka pułapka.

Ponad wszystko jednak pomocne w odszukaniu samego siebie było pozbycie się myślenia stereotypami. To trudne, bo stereotypy kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości od najmłodszych lat. Ale da się zrobić i polecam to wszystkim.

Odrzuciłem pojęcie obiektywizmu. Nie ma dla mnie rzeczy obiektywnych. Wszystko, na co patrzymy nosi znamiona nas samych. To my kreujemy swoją rzeczywistość i dlatego nie może być ona obiektywna. Ma być dobra dla nas i nam pomagać, wspierać nas w dążeniu do samych siebie. Jak ktoś mi mówi -"obiektywnie rzecz biorąc", to od razu rozumiem, że chce coś przekłamać po swojemu albo przekazać spojrzenie kogoś innego na daną kwestię, co oznacza, że to nie będzie obiektywne.

Ważne jest zawsze słuchając innych spróbować wejść w ich buty. To zawsze pomaga w rozmowie...nawet na najtrudniejsze tematy.

Zrozumiałem też bardzo ważną kwestię. Nigdy nie traktujesz nikogo lepiej, niż sam traktujesz siebie. Jeśli wbijecie to sobie do głowy, to przestaniecie kłamać. Jeśli cały czas okłamujecie samych siebie, to równie łatwo jest kłamać innym; jeśli nie potraficie kochać siebie, to jak spodziewacie się kochać kogoś innego. Ja do tej pory łapię się na oszukiwaniu samego siebie, próbuję z tym walczyć i ta walka jest czymś bardzo dobrym dla mnie, czymś co pozwala mi zrobić kolejny krok do przodu.

Wbiłem też sobie do głowy jedno:

Każda emocja wychodzi ze mnie, ze środka. Musi się we mnie narodzić. Jeśli chce ją komuś podarować to muszę ją pielęgnować i dbać o nią zanim ja spakuję w prezent. Jeśli jest chwastem, który mnie zatruwa, to jedynie ja jestem w stanie go wyrwać, zakopać i wysterylizować, żeby więcej się nie pojawiał. Nie ma emocji, która nie wychodzi od środka na zewnątrz. Nie ma złych emocji, trzeba tylko umieć wybrać kwiaty spośród chwastów zanim obsypie się kogoś ostem zamiast różami. Czasem to my dostajemy od kogoś ładunek emocji, ale to nie on jest źródłem. On jest tylko impulsem, który powoduje, że w nas zaczyna coś rosnąć. Co z tego wyhodujemy zależy tylko od nas.

Na koniec jeszcze jedna z moich prawd objawionych, warta, moim zdaniem, zapamiętania niezależnie od tego czy szukasz samego siebie czy też masz to w dupie. Jeśli kogoś oceniacie, to mówicie przeważnie o samych sobie. Zawsze patrzysz na innych poprzez pryzmat siebie samego. Dlatego jeśli nie chcecie być oceniani przez innych - nie oceniajcie.

To jest moja droga. Nie szukam poparcia ani zgody, bo to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest zrozumienie i akceptacja. Nie mylmy przy tym akceptacji z tolerancją, bo ja znam kilka osób, które akceptuję ale nie toleruję. Akceptuję to kim są, nie neguję tego, rozumiem albo staram się zrozumieć. A że nie pasuje mi ich towarzystwo - chyba daję im to do zrozumienia w dość jasny sposób.

Cały czas poszukuję, uczę się i rozwijam. W swoim kierunku i po swojemu. Mam nadzieję, że każdy znajdzie swoją drogę i będziemy mogli się spotkać na równoległych albo przecinających się szlakach. Nie lubię ludzi płynących czyjąś ścieżką, bo są albo leniwi, puści albo są po prostu pasożytami. Jeśli miałbym kiedykolwiek stać się pasożytem, to tylko samego siebie. Taki związek ze sobą akceptuję.