poniedziałek, 2 grudnia 2013

Warsaw Tattoo Convention - moimi oczami



W miniony weekend odbyło się warszawskie święto tatuaży. Byłem tam i raczej z roli obserwatora niż uczestnika, to wszystko oblukałem.







Minusy


Słaba gastronomia. Na samym terenie centrum konferencyjnego Pepsi Arena nie znalazłem żadnego miejsca gdzie można kupić soczek bez-alko. Piwo, owszem, nie ma problemu. Ale jak nie pijesz...na próżno szukać. Przynajmniej ja nie znalazłem...

Duchota. Przy samym wejściu jeszcze dawało radę. Ale jak człowiek postał chwile przy scenie, to pot po dupie zaczynał się sączyć. To pewnie wynikało też z tego, ze było...

Mało miejsca. Jak na taką ilość wystawców, którzy przecież zapłacili za stoiska, to wyglądało trochę jakby organizatorzy w ogóle olali zwiedzających mimo tego, że wiedzieli czego się spodziewać, bo decydowali o ilości biletów i karnetów.

...no dobra, więcej grzechów nie znalazłem i chyba organizatorzy wezmą pod uwagę te kwestie, bo nie jestem jedyny, który w sieci na te niedoróbki narzekał...

Plusy


Wszystko pozostałe !!!

Sam jestem trochę wydziarany i lubię ten sport, dlatego chyba nie ma sensu pisać o tym o czym pieją wszyscy, którzy na samą myśl o dziarach, piercingu i modyfikacjach skumulowanych w jednym miejscu, napełniają organy płciowe krwią.

Raczej chciałby się podzielić refleksjami nieco wyższych lotów.

Przy okazji takich imprez przychodzi mi do głowy jedno pytanie: Dlaczego tatuaż nie zyskał jeszcze pełnoprawnego statusu sztuki w sensie akademickim? I od razu mam odpowiedź.

Wyobraźcie sobie konwent malarzy albo rzeźbiarzy, który przyciągnąłby w ciągu dwóch dni kilka tysięcy ludzi. Macie to? Ja też nie...

Tatuaż i sztuki towarzyszące są, póki co, chyba najbardziej związanymi z człowiekiem przejawami kreatywności i twórczości. Tatuaż bez nosiciela traci kontekst i nie ma mocy oddziaływania. Dlatego mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że tatuaż jest sztuką ŻYWĄ. Nie istnieje bez ludzi. Wszyscy, którzy nosimy na swoim ciele tatuaże to wiemy, świadomie lub podświadomie. Tatuaż to celebracja życia, cielesności. To święto władzy nad ciałem i oddziaływaniem na psyche poprzez fizys.

I to było czuć na konwencie w Warszawie. To było święto. Każdy celebrował je po swojemu, bo wiemy że jesteśmy indywidualistami, po to się między innymi tatuujemy. Żeby pokazać, że nie jestem zwykłym Kowalskim, że mam coś do pokazania i chcę się dzielić swoim osobistym manifestem niezależności. Jakkolwiek tą niezależność definiujecie.

Zadajcie sobie pytanie czy dzisiejszy nastolatek zachwyci się obrazami Dalego, czy Starowieyskiego...pewnie nie. Ale jak zobaczy tatuaż takiego obrazu, doskonale wykonany, to będzie piał z zachwytu, interpretował i być może sięgnie po oryginalną sztukę, bo sam będzie chciał znaleźć coś czego nikt jeszcze na sobie nie nosi. Tak dziś można pokazywać i wkładać małolatom sztukę i naukę jej odbioru do głowy. I taki łepek będzie chodził po osiedlu i z dumą prezentując na piersi czy plecach obraz Beksińskiego będzie się śmiał z kolegów, że go nie znają. To jest piękne!


Szczególnie zachwycał mnie widok całych rodzin, z dziećmi i młodzieżą szkolną, które chłonęły nie tylko fascynację ozdabianiem swojego ciała na wszelakie sposoby, ale przede wszystkim tę atmosferę. Klimat, który pokazuje, że można na stadionie zebrać kilkaset, lub kilka tysięcy ludzi i nie oznacza to od razu problemów czy konieczności dbania o bezpieczeństwo przy pomocy kordonu policji z pałami.

Takie konwenty pokazują też, że tak naprawdę chcemy być razem, wspólnie. Jest tylko jeden warunek. Musimy się zbierać w okół małych rzeczy, osobistych pasji.
Przez setki, tysiące lat ludzkość próbuje gromadzić się wokół wielkich idei i filozofii i zawsze wiąże się to z kłopotami. Pojawiają się przeciwnicy, opozycja i wszystko przestaje być idyllą.

Tatuaż jest osobisty, jest pasją i nie ważne czy jesteś anarchistą, naziolem, narodowcem, motocyklistą czy prawnikiem. Na konwencie wszyscy razem zachwycamy sie zajebistymi wzorami, kunsztem artystów i fantazją uczestników. Wszystko inne odkładamy na bok, zostawiamy gdzieś za sobą. To nie jest istotne.

W moim odczuciu tatuaż jest sztuką przyszłości, sztuką ludzi, nie galerii. Sztuką przemijającą i transformującą. I uważam, że tatuaż zmienia człowieka. Na jakimś poziomie zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to jak wyglądamy nie ma znaczenia, można to zmienić, ulepszyć, poprawić. Zaczynamy wtedy zaglądać nieco głębiej w druga osobę. Przestajemy oceniać po wyglądzie. Budzimy w sobie chęć poznania motywacji, osobowości drugiego człowieka.

W tym jest siła tatuażu i to stanowi, w moim odczuciu, jeden z czynników, który spowoduje, że tatuaż jako sztuka będzie się rozwijał w coraz doskonalsze i coraz bardziej ludzkie formy.

Bo w tym całym cyrku igieł, maszyn i tuszy chodzi przecież przede wszystkim o człowieka i jego relacje z dziełem, które współtworzy i którym jest.