wtorek, 17 czerwca 2014

Za ciosem…Logika wiary

Po wczorajszym poście, na FB wywiązała się dyskusja z jednym z urzędujących na grupie „Ateiści, Agnostycy i Ludzie wierzący grupa dyskusyjna” obrońców wiary.

Nie będę cytował tej rozmowy ani jej streszczał, bo mimo moich szczerych chęci nie doszło do wymiany argumentów i rzeczowej dyskusji…

Zauważyłem jednak pewną niekonsekwencję i intelektualne lenistwo u osób wierzących. Nie tylko w przypadku tej konkretnej rozmowy, ale też podczas innych dyskusji.


Pierwszymi krokami w rzekomych argumentach apologetów jest dzikie skakanie po dogmatach i religijnych pomysłach. Interpretacje Biblii, dobroć Jezusa, Plan Boski i dziesiątki innych. Wszystko to oczywiście można zbić albo bezpośrednio cytując Biblię i wysuwając sprzeczności w niej zawarte, albo posługując się logiką.

Weźmy taki Plan Boski.

Jeśli rzeczywiście istnieje, to to, co robimy nie ma znaczenia. Modlitwy, oddawanie czci czy sama wiara jest bez znaczenia. Skoro wszystko jest z góry zaplanowane i niezmienialne to, jaki jest cel takich działań? Jaki jest cel próbowania zmiany poglądów innych ludzi? Po co ja albo ktokolwiek inny miałby zacząć wierzyć w Boga czy Jezusa? Przecież to, kim jesteśmy i w co wierzymy jest częścią planu i jeśli pisane nam jest piekło, to nic tego nie zmieni. Chyba, że osoby wierzące dopuszczają się grzechu pychy i uważają, że swoimi modlitwami lub działaniami wpływają na boski plan. Ale to herezja i stawianie siebie na równi z Bogiem. A to jest domena ateistów, więc wara J

Jak się okazuje, że religijne czary-mary i głupia retoryka nie pomaga, zaczyna się prawdziwy bal braku logiki czy podstawowych założeń obserwacji rzeczywistości. Nie mówiąc już o jej opisywaniu.


Pierwszy skok następuje w strzale pod tytułem „udowodnij mi, że to nie jest prawda”, „Udowodnij mi, że Bóg nie istnieje”. To jest zwykły logiczny bełkot i nie dajcie się na to złapać. Bo to oni wchodzą na teren logiki dyskursu i muszą to obronić, nie wy!

Otóż stawiając takie wyzwanie, zakładają oni, że teza, którą chcą żebyście obalili została udowodniona. W normalnym, logicznym i zgodnym ze wszystkimi prawidłami dyskursie, jeśli ktoś ma jakąś tezę, to musi ją udowodnić, podać argumenty za nią i jej dowieść. Wtedy oponent taką tezę analizuje i albo się z nią zgadza, albo ją odrzuca i dostarcza kontrargumentów. I to jest normalny, prawidłowy sposób dowodzenia. Nie można dowieść nieistnienia czegoś, czego istnienia nie udowodniono. W ten sposób możecie zagiąć każdego, kto się na to złapie, stawiając mu wyzwanie „Udowodnij, że [tu wstaw dowolną fikcyjną postać z komiksu/filmu/książki] nie istnieje”.

Jest takie ładne sformułowanie, że brak dowodów nie jest dowodem braku. Sam fakt, że nie dowiedziono, że coś nie istnieje nie znaczy, że to istnieje. Koniec kropka.


Na sto procent pojawi się argument typowo religijny. Otóż zawsze osoby wierzące posługują się argumentem, że religia scala grupy społeczne, tworzy kręgosłup moralny społeczności, inspiruje i wzbogaca ludzką egzystencję.

Przelećmy [sic!] bardzo szybko przez te argumenty:

Scalanie grup społecznych – W sporej części jest to prawda, że religia bywa więzami spajającymi społeczność. Jednocześnie jednak antagonizuje wszystkich innych, niezależnie od tego czy należą do tego samego narodu. Wystarczy, że nie wierzą w te same bajki i staje się wrogiem. Więc tak, religia spaja grupy i jest dobrym motywem przy jednolitej strukturze społecznej. Jeśli jednak mamy do czynienia z jakikolwiek przejawem różnorodności, religia staje się jednym z głównych motorów szowinizmu i ksenofobii.

Kręgosłup moralny – Jeśli religia jest wykładnią moralności, to zacznij w dzisiejszych czasach wypełniać, co do joty, jej reguły i zobaczymy jak szybko wylądujesz w pierdlu. Religie spowodowały globalnie więcej szkód dla ludzkiej cywilizacji (globalnie) niż zrobiły dobrego. Zatem argument o moralności jest, co najmniej głupi…

Religia inspiruje – Zapewne padnie przykład twórców średniowiecznych, którzy zainspirowani wiarą tworzyli wielkie dzieła. To nie jest kwestia inspiracji tylko mecenatu drodzy obrońcy religii. Jak pokazują setki tysięcy przykładów, ludzie nieobciążeni mecenatem dyktującym tematykę i estetykę dzieł sztuki są o wiele bardziej „płodni”. Nie twierdze, że dzieła Michała Anioła czy Bacha są złe, nie odmawiam im religijnej inspiracji. Po prostu próbuję sobie wyobrazić jak mogliby się rozwinąć gdyby kościół nie był właścicielem tej sakiewki, która pozwalała im tworzyć zamiast ciężko pracować na utrzymanie w pocie czoła…

Religia wzbogaca ludzką egzystencję – Pominę kwestię duchowości, która nie jest domeną religii. Każdy z nas doświadcza wewnętrznie i emocjonalnie rzeczywistość i nie musi przy okazji wierzyć w nadnaturalne byty. Spojrzę na to od innej strony. Wyobraźcie sobie kogoś, kto urodził się czterysta lat temu i wie wszystko o swojej religii. Jest absolutnym ekspertem. Przenosimy go teraz do naszych czasów. Nie zwracajmy uwagi dla dobra dyskusji na szok kulturowy. On nadal jest ekspertem tej religii, jeśli ona przetrwała. Jednak jest po prostu idiota, jeśli chodzi o pozostałe poziomy życia i wiedzy ludzkiej. Teraz sobie dopowiedzcie na pytanie czy religia cokolwiek wzbogaca w nas. Czy przypadkiem za wzbogacanie nie odpowiadają nieco inne czynniki…


I najczęstszy argument końcowy. „Wierzę w Boga, bo dzięki temu czuję się lepiej.”

Czy to jest prawda? Sparafrazuję Sama Harrisa z książki „Koniec Wiary” [polecam!]. Czy powiedzenie sobie, że wierzymy w coś, co nie jest namacalne, sprawdzone i dowiedzione rzeczywiście sprawia komukolwiek przyjemność? Czy jak powiedzenie sobie „Wierzę, że w moim ogródku jest zakopana walizka z dziesięcioma milionami dolarów” spowoduje, że poczujesz się dobrze? Czy przekonywanie samego siebie, że jakaś osoba Was kocha, mimo, że nie ma na to żadnych dowodów, polepsza wasze samopoczucie? Tak szczerze i prawdziwie. Czy jest to ta sama radość, co rzeczywisty pocałunek od ukochanej, albo zwycięstwo nawet niewielkiej kwoty w konkursie czy loterii. Chyba nie.

Ale co ja wiem, przecież nie wierzę, więc nie wiem. I wiecie, co – racja! Bo wolę cieszyć się rzeczywistością niż złudzeniami.


Wtedy najczęściej zaczynają padać typowe zakończenia dyskusji z ciasnogłowym osobnikiem za kołtunionym w swoich złudzeniach.

„Dlaczego atakujesz moja wiarę?!”, „Nie muszę mieć dowodów, wystarczy, że w to wierzę”, „Wiara to nie jest wiedza” i klasyczne „Lepiej wierzyć w Boga niż nie wierzyć w nic jak Ty”.

Już wiecie, że to koniec dyskusji. 
I dam Wam dobrą radę. Jeśli chcecie sprawdzić czy jest w ogóle sens debatować, od razu strzelcie pytaniem „Dlaczego wierzysz?”.

Odpowiedź Wam powie czy w ogóle warto wchodzić w dyskusję…





A terasz idę zjeść trochę pierwszego w tym roku bobu i pooglądać coś mądrego. Trzymajcie się!