piątek, 24 stycznia 2014

Wziął i się pojawił

Chcę Wam dziś zaproponować podroż w głąb mojej wyobraźni. Czasem, gdy leżę wieczorem w łóżku, a światło mam zgaszone, wpadają mi do głowy pomysły. Czasem są to głupie koncepcje, z którymi rozstaję się gdy tylko zasnę. Czasem jednak te pomysły zostają w mojej głowie, dojrzewają, by w pewnym momencie, wspierane doświadczeniami i rozsądkiem, rozkwitnąć w pełnoprawną koncepcję.

To jest własnie taka koncepcja. Wpadłem na to parę dni temu i w każdej wolnej chwili o tym myślałem.

Zrobię teraz krótkie wprowadzenie...

Fundament

Większość z Was pewnie słyszała o Zakładzie Pascala. Jeśli nie, albo nie pamiętacie o co chodziło, to po krótce opowiem.
Pascal (Blaise Pascal), który był francuskim matematykiem, fizykiem i filozofem rozważył dwa przypadki dotyczące istnienia Boga:

  • Bóg istnieje i nagradza za wiarę w siebie wiecznym życiem.
  • Bóg nie istnieje i nie istnieje wieczne życie.
Jeśli człowiek wierzy w Boga i poświęca czas na jego czczenie to w nagrodę zyskuje życie wieczne. Jeśli nie wierzy, to nie modli się i nie uzyskuje życia wiecznego. Według Pascala, zatem, bardziej opłaca się wierzyć i zyskać, niż nie wierzyć i stracić. Bo do zaryzykowania mamy co najwyżej trochę czasu, który jest niczym wobec nagrody jaka nas za to czeka.
Czyli w dużym uproszczeniu: Jeśli nie wiemy czy Bóg istnieje, to lepiej w niego wierzyć, bo niewiele stawiamy (niewiele stracimy), a dużo możemy zyskać.
Wygląda na logiczne rozumowanie, prawda?
Tylko, że jeśli Bóg nie istnieje to tracą wierzący, a dla reszty nie ma to skutków. Jeśli istnieje to wierzący zyskują, a dla reszty nie ma to skutków. Czyli jak nie ryzykuję to ani nie tracę ani nie zyskam. Jeśli wezmę pod uwagę że nagroda nie jest nawet potwierdzonym faktem, to ja dziękuję, nie gram.

Ale na podstawie tego założenia, przyszedł mi do głowy pewien scenariusz. Teraz się dobrze wczytajcie, bo będę leciał fabularnie.

Dramat

Pewnego dnia wszystkim ludziom ukazał się Bóg. Wszystkim w tym samym momencie. Jak ktoś spał to się obudził. Jak ktoś oglądał telewizję, patrzył w monitor czy w smartfona - to tam zobaczył jego oblicze. Jak ktoś nie patrzył w żaden ekran, to zobaczył go przed sobą, jak żywego. Wyświetlane widowisko bezpośrednio na powierzchni oka. I każdemu pokazał się tak jak każdy chciał, jak go sobie wyobrażał.
I Bóg ten we wszystkich językach, wygłosił te słowa:
"Jestem Bogiem, opiekunem tego wszechświata i jego stworzycielem. Wszyscy jesteście moimi dziećmi i wszystkich Was bardzo kocham. Ale zbłądziliście. Zbłądziliście okrutnie. Posiadacie w swoich rękach wiedzę i technologię, która może zbawić Was wszystkich, nakarmić wszystkich głodnych, naprawić szkody na planecie i być szczęśliwymi ludźmi. Tak po prostu. Zamiast tego podzieliliście się na narody, kraje, biednych i bogatych i skaczecie sobie do oczu. Zabijacie siebie nawzajem i swoją planetę. 
Nadaliście mi tysiące różnych imion i to też Was podzieliło. Żadna religia nie ma racji! Nigdy nie chciałem i nie chcę by ktokolwiek oddawał mi cześć, modlił się czy składał mi ofiary. Marnujecie czas i zasoby. Jedyne czego zawsze chciałem, to żebyście wzajemnie się kochali, uczyli się i rozwijali. Byli dla siebie dobrzy. Spieprzyliście wszystko! I bardzo mnie to złości! 
Ale nie martwcie się. Dam Wam szansę. Jeden rok. 
I albo znikniecie. Tak po prostu. Albo pokażecie, że jednak jest w Was to, co powinno: miłość, rozsądek i mądrość. Bo tego własnie od Was oczekuję. Będę Was bacznie obserwował! Mam czas...
A gdyby ktoś podważył to, co własnie powiedziałem, to ja go usłyszę i bezzwłocznie pojawię się żeby go ukarać i udowodnić, że to prawda. Jednak nie nadużywajcie mojej cierpliwości. Nie macie na to czasu.
Jeden rok..."
I zniknął.

Co z tego?

Ja już widzę, oczami wyobraźni, co się dzieje chwilę po takim wydarzeniu. Może kiedyś popłynę na tej fali.
Chciałem jednak napisać, co z perspektywy ateisty, wynikło by z takiej sytuacji.
Szczerze? Chyba niewiele. 
Bo ateiści nie wierzą w istnienie jakiegokolwiek boga. Gdyby przedstawić tak jednoznaczny dowód, to nadal by nie wierzyli. Bo tutaj już nie rozmawiamy o wierze tylko o wiedzy.
Wiara to przyjęcie, bez dowodów, faktów, czegoś jako prawdy. Gdy dowody się pojawiają, to wiara zamienia się w wiedzę. I tak by było w tym przypadku.
Zatem ateiści pozostaliby ateistami. Nadal nie wierzyliby w istnienie bogów. Wiedzieliby, że Bóg istnieje.
Pewnie nie nazwaliby już siebie ateistami, ale w takiej sytuacji musimy tak naprawdę mówić o globalnej zmianie perspektywy. Przesunięciu wszystkich wartości w nieznane dotąd miejsce. Więc zapewne połowa naszych dzisiejszych określeń, zachowań i praktyk by się musiała zmienić lub wręcz przestać funkcjonować.

Co by się stało z resztą społeczeństwa, które zdałoby sobie sprawę, że przez tysiąclecia było okłamywane i ograbiane przez religijnych kacyków, książąt i oprawców? Tutaj stajemy przed bardzo poważnym problemem, bo nie wolno byłoby im nic zrobić. Hipotetyczny, realny Bóg obserwuje i ocenia ludzkość. Czy znaleźlibyśmy w sobie siłę, żeby po prostu skasować, bez ofiar, wszystkie religie jako kłamstwa? Jeśli byłoby to możliwe, to zapewne jest możliwe i bez boskiej interwencji.
Ilu z obecnych religijnych apologetów by się zabiło z rozpaczy albo strachu? Pewnie padaliby jak muchy. Zwłaszcza w pierwszym okresie, bo to oni zapewne najgłośniej krzyczeliby "To nie jest prawda, my mamy rację" TRACH! Pozamiatane.

To oczywiście tylko rozważania, ale właśnie o takich rzeczach myślę gdy powoli spływa na mnie sen. O takich rzeczach i o tysiącu innych. O niejednej zapewne jeszcze tutaj napiszę :)



Czekam na propozycje od Was. 

Instrukcję co zrobić, żebym napisał coś na temat, który Was interesuje znajdziecie TUTAJ.