piątek, 18 kwietnia 2014

Groźny mit męczennika

Dziś zaczyna się celebracja bajki. Mitu, który jest podstawą wierzeń setek milionów chrześcijan. Bajki bardzo niebezpiecznej i destrukcyjnej dla ludzi, którzy wierzą w nią bezwarunkowo. Dlaczego piszę o tym, że jest groźna? Po kolei…

Mit


Według biblii Bóg zesłał na ziemię swojego syna, żeby poprzez swoja ofiarę zmazał z człowieka grzech, który został przez tego samego Boga na człowieka nałożony. Więc ten synek, Jezus, przez natchnienie ducha świętego narodził się z niewiasty. Podobno urodził się w stajence, ale wersje nie są jednoznaczne. Podobno była jakaś gwiazda i przyszło trzech mędrców, ale to też nie jest wprost powiedziane. W każdym bądź razie oprócz kilku epizodów z młodego życia, które nie były niczym szczególnym, nie wiemy nic o dzieciństwie rzekomego syna Boga. Pojawia się w wieku około 30 lat i zaczyna wypełniać proroctwa narodu żydowskiego. Zakłada sektę i robi różne sztuczki, które pozwalają mu zdobyć nowych wyznawców. Żydzi się na niego wkurwiają i wydają go, jako przestępcę w rzymskie ręce. Rzymianie go przesłuchują w niewybredny sposób i ostatecznie skazują go na śmierć na krzyżu. No i niedoszły mesjasz umiera. Po trzech dniach okazuje się, że albo wstał i poszedł, albo ktoś ukradł jego trupa z gronu. Ktoś tam opowiada, że go widział a nawet z nim rozmawiał, ale to wszystko opowieści z trzeciej albo czwartej ręki (pierwsze ewangelie zaczęły powstawać około roku 70-80 n.e, więc po prawie 40 latach od rzekomych wydarzeń związanych z Jezusem).

Tak w telegraficznym skrócie przedstawia się historyjka z tak zwanego „Pisma świętego”. W przełożeniu na dzisiejsze realia wyglądałoby to tak:

Znikąd pojawia się charyzmatyczny i samozwańczy piewca religijny. Zaczyna tworzyć sektę przy pomocy swojego przesłania i sztuczek. Jako, że zna inne religie, bo z nich czerpie część swoich złożeń, opowiada historię o swoich narodzinach i dzieciństwie tak, żeby pasowały do jakiejkolwiek przepowiedni. Najlepiej do tej, z której czerpie swoich wyznawców. Zaczyna wkurzać hierarchów innych, dominujących religii i zaczynają oni kombinować jak się go pozbyć. Podkupują jednego z wyznawców, manipulują faktami i dowodami tak, że guru zostaje aresztowany i skazany na karę śmierci. Po wykonaniu kary odbywa się pogrzeb i po kilku dnia jego ciało znika z grobu bez śladu. Kapłani, którzy zostają wierni jego naukom składają oświadczenia, że go widzieli po tym jak umarł i że on wróci, a tymczasem to oni mają prowadzić jego sektę i dalej głosić jego przesłanie. Z czasem sekta rozrasta się i zaczyna obejmować środowiska elity politycznej kraju. Ktoś postanawia spisać jego historię. I tak po pięćdziesięciu latach od jego śmierci powstaje ewangelia o tym nieznajomym guru. Ubarwiona i zniekształcona przez setkę uszu, przez jaką przeszła jego historia przez te wszystkie lata.

Dużo nie potrzeba. Chętnych zachęcam do lektury biblii. Nie uwierzycie jak bardzo my sami ubarwiliśmy historię tam opisaną…

Dogmat


Zanim przejdę do zagrożenia ze strony tej bajki, to muszę odnieść się do jednej kwestii. Mianowicie ta opowieść jest silnie metafizyczna i tajemnicza. Przynajmniej tak opisują ja religijni apologeci. Dla mnie po prostu jest nielogiczna i bez sensu…ale powoli.

Otóż Jezus jest synem Boga i jednocześnie Bogiem. Czyli Bóg magicznie zapładnia Maryję, żeby urodziła jego samego. I ona go rodzi pozostając cały czas dziewicą (nie ma o tym ani słowa w biblii, ale wszyscy w to wierzą). Po drodze Jezus udowadnia, że jest Bogiem, który jest jednocześnie swoim ojcem poprzez cuda. Czyli zawieszenia praw natury, fizyki i logiki na rzecz swojego interesu. Później pośrednio przyczynia się do własnego osądzenia, tortur i męczeńskiej śmierci po to żeby odkupić grzechy ludzi. Grzechy, które sam zdefiniował i na nich nałożył. Po śmierci i zapłaceniu w ten sposób rzekomej ceny, wraca do siebie, bo zrobił, co miał zrobić. No i wróci, bo mimo tego, że odkupił grzechy ludzkości, to będzie musiał nas jeszcze ocenić jak przyjdzie czas odpowiedni.


W to wierzą, w różnych konfiguracjach członkowie kilkudziesięciu tysięcy denominacji chrześcijańskich z katolicyzmem na czele (Według World Christian Encyclopedia [Oxford Univ Press, II edycja, 2001] jest, co najmniej 30 tysięcy różnych odmian chrześcijaństwa).

Ja uważam wiarę w te historyjkę za groźną i już do tego przechodzę.

Zagrożenie


Po pierwsze sama koncepcja grzechu, z którym się rodzimy jest absurdem. Ma to na celu zmuszenie wiernych do zapisywania nieświadomych dzieci do kościoła. Bo jedynie poprzez akceptację męczeńskiej śmierci ich mitycznego bożka można zmyć z siebie ten grzech. Czyli nie ważne czy jesteś całe życie dobrym człowiekiem, nigdy nie zrobiłeś nikomu nic złego. W świetle religii chrześcijańskiej zasługujesz na piekło, bo kiedyś, inna mityczna postać złamała nakaz Boga. Powoduje to, że dzieci są wychowywane w ciągłym poczuciu winy. O tym jak szkodliwe dla rozwoju młodego umysłu jest wpędzanie go w nieuzasadnione poczucie winy, chyba nie muszę tłumaczyć…a to robicie oddając dzieci na religię i zmuszając je do akceptacji dogmatów chrześcijańskich.

Po drugie. Koncepcja nadnaturalnego odpuszczenia wszystkich grzechów jest chyba najbardziej złowrogim narzędziem w rękach chrześcijan. Możesz być bydlakiem, chujem i mordercą. Jeśli jednak czujesz żal, wyznasz swoje grzechy i wypełnisz pokutę, to zostaną Ci one odpuszczone. Z tym, że pokuta nie ma nic wspólnego z odkupieniem się skrzywdzonym. Nie. Wystarczy, że szepniesz o tym kapłanowi, on nakaże Ci złożyć ofiarę na kościół lub odbębnić paciorek i pal sześć ofiary. Ty masz odpuszczone.


Wzorcem dla tego mechanizmu jest właśnie historia o Jezusie. Bo skoro sam Bóg poprzez karę, która nie była karą, (bo zmartwychwstanie po śmierci chyba niweluje karę śmierci, dlatego nie rozumiem, dlaczego wierzący nadal traktują Jezusa jak męczennika, przecież nie umarł!) odpuszcza wszystkie grzechy, to Ty przez modlitwę możesz sobie ulżyć ze swoimi. Prowadzi to przede wszystkim do rozmycia odpowiedzialności za swoje czyny. Bo jeśli kapłan w imieniu Boga może wybaczyć Ci zły uczynek wobec bliźniego, to masz wybaczone i chuj bliźniemu w dupę. Wystarczy, że raz wejdziesz na te karuzelę i w nią uwierzysz, możesz stracić realny kontakt ze skutkami swoich czynów. Skoro jedynym wynikiem Twoich złych uczynków jest konieczność opowiedzenia o tym obcemu i niezwiązanemu z nimi facetowi i odbębnienie paciorka, to co Cię powstrzymuje przed ponownym uczynieniem tego samego. Ja sam byłem katolikiem i pamiętam, że moja spowiedź w 99% zawsze zawierała tę samą wyliczankę. Spowiedź nie uczyła mnie tego, że należy przestać to robić. Uczyła mnie jedynie tego, że mogę to robić, jeśli później pójdę i o tym opowiem księdzu.

Zauważcie jeszcze jedną rzecz, która wynika z pierwszego i drugiego punktu. Jeżeli mamy wpojone poczucie winy i jedynie dzięki Bogu się go możemy pozbyć, to naturalne stają się dziwne zachowania. Między innymi takie, że za każdą porażkę w swoim życiu nakładamy na siebie ciężar, a każdy sukces przypisujemy Bogu. To jest chore i szkodliwe, bo zabieramy sobie wyniki naszej ciężkiej pracy. Mało tego, wierząc w to, że sukces jest jedynie możliwy dzięki Bogu, to dokładamy sobie niezależnie od tego winę, że to nie nasz sukces. Jak widzicie cały mechanizm grzechu opiera się tylko i wyłącznie na pielęgnowaniu własnego poczucia winy. Na niczym więcej.

W chrześcijaństwie rodzisz się winny, przez całe życie pielęgnujesz tę winę i umierasz też z poczuciem winy. A wszystko tylko, dlatego że wierzysz w bajkę o zapładniającym dziewicę Bogu, który poświęca samego siebie, na chwilę, żeby zmazać wymyślony grzech. Grzech, który sam nałożył i dla którego pozornego zmazania zrobił szopkę z rzekomą śmiercią, której nie było i synem, który jest nim.

Poza tym, jeśli wierzysz, że Jezus odkupił wszystkie grzechy to, czym się przejmujesz? Masz odkupione! Cały kościół, przykazania i moralitety kapłanów są bez sensu! Przecież Jezus już za wszystko zapłacił swoją śmiercią. I to moim zdaniem jest klucz do tego, że tak naprawdę tylko wiara absolutna może prowadzić do absolutnego moralnego zepsucia. Bo jeśli patrzysz na siebie poprzez pryzmat chociażby odpowiedzialności za swoje czyny, to jesteś bardziej moralny niż jakikolwiek modlący się idiota, który prosi Boga o przebaczenie za krzywdy, które wyrządził innym.

Wypoczywajcie zatem w te wolne dni. Ja jutro robię swoje, bo od bloga nie ma wolnego…czyli będzie jutro Mały Wkurw J


Amen