wtorek, 20 maja 2014

Anty - edukacyjna fiksacja biskupów

Zastanawiam się, kiedy funkcjonariusze kościoła katolickiego przestaną się interesować czymś, z czego z własnej woli zrezygnowali. Co im przeszkadza to, że młodzi ludzie i dzieci dowiedzą się, na czym polega seksualność. Dlaczego o tym piszę? Bo po raz kolejny książęta Ciemnogrodu – Hoser i Nycz skamlą w mediach i organizują akcję mającą przeciwdziałać edukacji seksualnej w szkołach.
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Podobno ma wystąpić psycholog Szymon Grzelak, który ma powiedzieć o treściach, które „jeszcze niedawno zostałyby powszechnie uznane za demoralizację i deprawację”.

Ma się to zadziać w ramach inicjatywy Stop Seksualizacji Naszych dzieci, która popierają: Jan Pospieszalski, prof. Ryszard Legutko, Tomasz Terlikowski, Beata Kempa, ks. prof. Dariusz Oko oraz Natalia Niemen, córka Czesława Niemena. Czyli sam kwiat polskiej myśli pro-edukacyjnej.

Nie mam nic przeciwko dyskusji nad tematem sposobu i programu edukacji seksualnej w szkołach. Nie mam problemu z tym, że takiej edukacji nie można zaczynać zbyt wcześnie. Nie mam problemu, że kościół, jako reprezentant pewnej części społeczeństwa powinien mieć prawo do zabrania głosu w sprawie.

Problem mam z czymś innym…

Otóż zastanawiam się, dlaczego ludzie, którzy zrzekają się swojej seksualności tak bardzo chcą ograniczyć innym wiedzę na ten temat. Bo ta dyskusja nie polega na tym jak uczyć dzieci o seksie. Klechy chcą, żeby nie nauczać w ogóle.

Ja rozumiem, że jak dzieci nie wiedzą nic na temat seksu, to łatwiej nimi manipulować w kierunku czynów pedofilskich. Rozumiem, że Ci biskupi boją się, że jak chłopiec czy dziewczynka nauczą się, czym jest seks i że jest normalną czynnością ludzką, to nawet przez głowę im nie przejdzie, żeby się tego dobrowolnie zrzec.

Bo w interesie kościoła jest niewiedza w każdej kwestii i jak największa ilość tabu. To bardzo proste, bo znane już o setek lat – łatwiej się rządzi tępym pospólstwem. Kościół z resztą to przećwiczył na Europie i ma spore doświadczenie w tym zakresie. Tym bardziej boli ich fakt, że nie tylko w szkołach, ale też na własną rękę, dzięki internetowi uczymy się coraz więcej.

Jeśli zostawimy na chwilę seksualność i przyjrzymy się edukacji, jako takiej, to globalnie można zauważyć ciekawą tendencję. Religie o zapędach teokratycznych, czyli takie, które chcą mieć realny wpływ na politykę państwową, zawsze atakują edukację. Wystarczy spojrzeć na ataki ewangelickich fundamentalistów w USA na teorię ewolucji, ataki muzułmanów na jakąkolwiek edukację i ataki kościoła katolickiego w Polsce na edukację seksualną. O ile Islam niema żadnych skrupułów i po prostu neguje cały dorobek naukowy, to kościoły chrześcijańskie podchodzą nieco bardziej ostrożnie, ale równie destrukcyjnie.

Wiem, że za chwilę się odezwą obrońcy religii i chrześcijaństwa, którzy powiedzą – ale przecież kościół wspiera naukę. Watykan ma obserwatorium astronomiczne, jest akceptacja setek faktów naukowych z ewolucją, jako jednym z nich na czele. No i powiedzą, że już od dawna religia nie prowadzi walki z nauką, że zawarto przymierze i nie ma, o co kruszyć kopii.

Po pierwsze – nigdy nie było i nie będzie przymierza nauki i religii. To złudzenie i PR. Wszystkie teorie naukowe „zaakceptowane” przez kościół zostały wpisane w ten lub inny sposób w mitologie i dogmaty. Religie odwracają znaczenie teorii naukowych mówiąc, że ewolucja jest opisana w Biblii, że to wszystko, co dziś nauka odkrywa jest gdzieś tam, metaforycznie od dawna zapisane w świętych tekstach.

Po drugie – gdyby taki sojusz był prawdą, to religia nie wchodziłaby ze swoimi dogmatami w kwestie, które już kiedyś spierdoliła i dzięki nauce udało się to naprawić. Nie próbowałaby wywierać religijnej presji na lekarzach (vide Apel o podpisywanie „deklaracji wiary”) zamieniając naukowo wykształconych medyków w znachorów. Nie ingerowałaby w edukację szkolną, cenzurując lub naciskając na zmiany w podręcznikach i programach.  Nie wtykałaby swoich paluchów w dziedziny nauki, być może będące na granicy etyki, ale mogących w perspektywie uratować setki, jeśli nie tysiące ludzi (badania prenatalne i badania nad komórkami macierzystymi). Wreszcie, nie mieszaliby się do seksualności ludzi, od ich edukacji, poprzez antykoncepcję, aż po kwestie aborcji. Nauka już dawno dowiodła, że seksualność jest naturalną i potrzebną aktywnością człowieka i że zwiększona świadomość zmniejsza podatność na patologie i parafilie seksualne, które mogą być wynikiem tłumienia popędu.

Kościół katolicki nigdy nie był i nie będzie sprzymierzeńcem nauki i edukacji, bo to zagraża jego żywotnym interesom.

Przy okazji przypomniało mi się, co abp Hoser powiedział kilka miesięcy temu o mężczyznach: „Młodzi mężczyźni zachowują się jak dzieci. Niedojrzali, niestali, niepewni, ciągle mający wątpliwości; tacy, którzy nie są oparciem, nie są silnym ramieniem, którym mogliby otoczyć swoją małżonkę, matkę wspólnego dziecka”. Mówił też, że mówiąc o "bezpieczeństwie" kobiety, nie ma na myśli tylko sytuacji materialnej, ale również pomoc i adoracja.

Zapytam – skąd u mężczyzn taka postawa, takie zachowanie? Bo w mojej opinii spora część tego, jakim mężczyzną się jest, pochodzi ze świadomości swojej seksualności, z jej akceptacji. To nie jest seksistowskie, to jest prawda. Jeśli znasz siebie, wiesz, kim jesteś seksualnie i to akceptujesz, to jesteś bardziej pewny siebie. Twardo stąpasz po ziemi, jako mężczyzna. Jednak żeby do tego doszło to musisz zrozumieć, czym jest seksualność, jak się przejawia i że jest naturalna, nie powinna być powodem do wstydu czy poczucia winy.  A tego nie zapewni samodzielna edukacja poprzez pornosy w Internecie czy nauki przedmałżeńskie w kościele. Dlatego niezbędne jest wprowadzenie dobrego i skutecznego programu edukacji seksualnej. I tak jak pisałem, nie mam nic przeciwko wkładowi kościoła w taki program, wzięciu jego głosu pod uwagę. Jednak, żeby to miało rację bytu, to kościół musi rozmawiać, nie atakować i zakazywać!

Ale żeby to stało się faktem, to kościół musi zaakceptować jedno – świat poszedł do przodu i ludzie już nie są tacy głupi. Kościół, póki, co zrozumiał to jednym poziomie – nie straszy już diabłami, piekłem i sądem ostatecznym. Teraz straszą rozpustą, „genderem”, aborcjami i „cywilizacją śmierci”. Narzędzi się zmieniły, mechanizmy nie. Jeśli za zmianą narzędzi nie idzie zmiana technologii, mechanizmów, to stoimy w miejscu. To tak jakby wojsku zamiast mieczy dać karabiny, a oni złapaliby za kolby i zaczęliby się nimi okładać. Tak wygląda dziś kościół z tą całą śmieszną propagandą strachu wobec różnorodności. Zamiast rozmawiać i budować silne postawy oparte na argumentach (nawet niech to będą argumenty oparte na wierze), straszą ludzi aborcją i eutanazją jak Belzebubem i Lucyferem…

Co będzie następne? Zobaczymy…ja się cieszę, że kościół codziennie daje mi powody do tego, żeby się z niego pośmiać. Jedynie czasem śmieje się przez łzy widząc jak wielu moich rodaków nadal daje się łapać na te średniowieczne zagrywki…


Polacy, przecież nie jesteście tacy głupi!!! No chyba, że się mylę…