niedziela, 27 lipca 2014

Dlaczego kościół się radykalizuje – moja diagnoza

Wszyscy wiemy, że religie są elementem naszej cywilizacji. W przeszłości, jak analizują temat naukowcy, religie pomagały ludziom w zderzeniu się z rzeczywistością. Znajdowały wystarczające na tamte czasy, wytłumaczenie części naturalnych zjawisk i w dużej mierze pomagały ludziom po prostu iść do przodu. Stawiały też wyzwania przed ludzkim umysłem. Jeśli religia twierdziła, że pioruny zrzucali na ziemię bogowie, to ludzie zawsze pytali – czy to prawda? Dlatego nie ujmuje religiom nic, jeśli chodzi o inspirację dla badań rzeczywistości. Prowadzi to jednak do stanu dzisiejszego, gdzie religie straciły swoje pozycje w kulturze i przestały być wyznacznikami do postrzegania rzeczywistości. I tutaj zacznę swoje rozważania na temat, dlaczego obserwujemy tak wyraźne radykalizowanie się wszelkich religii.


Nauka


Nauka zawsze stanowiła zagrożenie dla religijnego postrzegania świata. Przede wszystkim, dlatego, że nauka wymaga dowodów, jest sprawdzalna i nie rości sobie absolutyzmu. Nie jest dogmatyczna. Naukowcy cieszą się, jak ktoś obala zgodnie z naukową metodologią ich teorie i hipotezy, bo dzięki temu mają pracę.

Wraz z postępem wiedzy naukowej kurczy się znacznie rola religii, jako wyznacznika dla rzeczywistości. Nie musimy wierzyć w to, jak działa świat. Możemy to po prostu wiedzieć.

Przez to, religia ze swoimi dogmatami musiała przez ostatnie kilkaset lat wycofywać się z kolejnych obszarów do tej pory przez nią okupowanych. Geocentryzm, antropocentryzm, płaska ziemia, młoda ziemia – to wszystko już dawno obalone przez naukę teorie wywodzące się z nauczania „świętych ksiąg”. Przestrzeń religii w domenach nauki empirycznej ciągle się kurczy. Zostają oczywiście nieliczne bastiony upierające się przy religijnych wytłumaczeniach rzeczywistości. Grupy te próbują ubierać swoje dogmaty w pseudo-naukowe ciuchy, ale społeczeństwo i zwykły zdrowy rozsądek coraz częściej wygrywa (w UK zakazano „nauczania” kreacjonizmu w szkołach publicznych – TUTAJ). Religie w domenach naukowych są w odwrocie. Starają się jeszcze kąsać i warczeć, ale to nie jest wiele groźniejsze niż piszczenie myszy po podłogą. Bywa irytujące, ale tak naprawdę nie stanowi powodu, dla którego porzucamy dom.

Co zatem robią religie? Zmieniają front…


„Miękkie podbrzusze”


Atakują miękkie podbrzusze cywilizacji. Tym określeniem nazywam sfery kultury i cywilizacji, które są wysoce interpretacyjne. Sztuka, kultura, media, seksualność. Wszędzie tam gdzie wiedza jest nadpisywana ludzkim doświadczeniem, emocjami czy gustami – religia próbuje gwałtownie ingerować. Widzimy to wyraźnie w kościele katolickim, gdzie hierarchowie i kapłani nie atakują technologii czy nauki. Czepiają się wytworów kultury, sztuk teatralnych, wystaw w galeriach. I nade wszystko atakują seksualność i niezdefiniowaną obyczajowość.

Robią to, dość zręcznie manipulując pojęciami. Wszystkie wymienione przeze mnie sfery życia podlegają w mniejszym lub większym stopniu osobistej interpretacji, ocenie, gustowi (w granicach prawa stanowionego). Kościół zamyka jednak tę osobistą ocenę w arbitralnym wartościowaniu na osi dobra i zła. Wartościowaniu, oczywiście, opartym na ich dogmatach i akceptowanym przez nich systemie moralnym. Jest to oczywiste nadużycie i ograniczenie swobody wyboru, ale akurat z tym religie nie mają problemu. Bo religie musza traktować ludzi jak ślepe i bezmózgie roboty. Ludzie są, według dogmatów religijnych, bezwolnymi marionetkami w walce sił dobra i zła. Religie odbierają człowiekowi swobodę nie tylko wyboru swojej własnej drogi, ale także chcą wskazywać drogę, która jest według nich korzystna.

Zatrzymajmy się na chwilę przy korzyściach. Bo dla ludzi patrzących krytycznie jasne jest, kto jest beneficjentem tych korzyści. Same religie. Wmawiają jednak ludziom, że te korzyści są dla nich. Mam z tym problem, bo nie skorzystam na niczym, co zostaje mi podsunięte, jako „dobre”. Po prostu to skonsumuję. Jeśli chcę skorzystać z czegokolwiek, nawet, jeśli zakończy się to zwykłą konsumpcją, to kształtująca i korzystna dla mnie jest droga do tego. Bo chcąc znaleźć muzykę, która mi się podoba, mogę sugerować się opiniami ludzi, którzy się na muzyce znają, mogę skorzystać z doświadczenia innych wchodząc na wszelkiego rodzaju listy przebojów czy rankingi. Ale nie w ten sposób kształtuje się własny gust. Gust buduje się poszukiwaniami. Jeśli ktoś mi powie – „Ta muzyka jest świetna, a ta zła i jej nie słuchaj”, to nie zyskuje na tym nic ponad konsumpcję muzyki wskazanej przez „autorytet”. I to jest coś, co chcą robić religie w tych obszarach.

Religie chcą zabrać człowiekowi możliwość poszukiwań, albo mocno te poszukiwania zawęzić kierując się własnym interesem.

I jest to coraz trudniejsze w dobie powszechnego dostępu do miliardów terabajtów treści, serwisów oferujących całkowicie za darmo kontent czy portali, których podstawową funkcją jest swobodne wyrażanie opinii i dzielenie się treściami. Dlatego kościoły i religie muszą krzyczeć głośniej i mocniej, żeby przebić się przez cały ten zgiełk. I to prowadzi do radykalizacji.


Radykalizacja


Kościół tracąc kolejne, tradycyjnie okupowane dominia, musi albo się z nich wycofać, albo utwardzać swoją dogmatyczną pozycję. To prowadzi do fundamentalizmu.

W kwestiach gdzie ludzie mają wybór, mogą interpretować lub kierować się własnym rozumieniem, emocjami lub gustem kościół musi się wyróżnić, żeby przebić się z własną interpretacją. Te interpretację podszywa swoiście rozumianymi korzyściami lub karą dla odbiorców. Żeby się wybić musi posłużyć się skandalem lub wyrażać swoje opinie w wyrazisty, ostry sposób. Dlatego promuje najbardziej głośne i wyraziste osoby, które najczęściej są też najbardziej radykalne w swoich poglądach. I jeśli te podglądy mieszczą się w ramach doktryny kościoła, to kościół je absorbuje, jako własne i przez to wzmacnia radykalizację samego siebie i tych jednostek. To ma jednak krótkotrwały efekt i dlatego radykalizacja jest samonapędzającym się mechanizmem. Bo poziom radykalizacji, jeśli dotyczy tylko wyrażania poglądów, powszednieje i bez wzmocnień, czyli pogłębiającej się radykalizacji, ginie w przesyconym rynku idei i informacji.

Dlatego kościół musi się radykalizować, żeby przetrwać na swoim starym stanowisku. I jakimś dziwnym trafem nie zauważa on, że to jest błędna droga. Że ludzie nie chcą radykalizacji. Ludzie chcą swobody i spokoju. I na pewno nie chcą być etykietowani ze względu na gusta, preferencje czy sposób odbioru dzieła sztuki, muzyki czy stosunku do seksualności. Kościół wszedł na równię pochyłą, bo zamiast znaleźć sobie nowe miejsce i je zagospodarować, usilnie stara się pozostać potęgą, jaką był przez kilkaset lat. Dlatego się radykalizuje. Dlatego się gwałtownie uaktywnia w miękkich obszarach kultury. Dlatego agresywnie atakuje przy pomocy radykalnie ustawionych jednostek te obszary. Nie ma innej drogi żeby zachować status quo.


I w moim odczuciu sam sobie szykuje upadek, a przynajmniej poważny rozłam. Przez takie działania, globalnie, rośnie liczba osób, które z religią nie chcą mieć nic wspólnego. Chcą wierzyć w Boga, bo ma to dla nich wartość osobistą. Ale religie i ich narastająca radykalizacja napawa ich obrzydzeniem i niechęcią. Obserwujemy to także w Polsce. Może tempo jest trochę wolniejsze, bo nadal politycy kupują kłamstwo o kontroli większości elektoratu przez kościół, a odmienność poglądów nadal bardziej dzieli niż wzmacnia Polaków. Ale ta tendencja się powoli zmieni.


Przynajmniej mam taką nadzieję…

Amen!