wtorek, 26 sierpnia 2014

Samobójstwo – okiem niewiernego

Temat delikatny i kontrowersyjny. Ale stwierdziłem, że emocje trochę opadły po samobójczej śmierci nieodżałowanego Robina Williamsa i można poruszyć tą kwestię z mojej perspektywy.

Podział


Musimy na samym początku rozróżnić dwie kwestie. Czym innym jest próba samobójcza, czym innym samobójstwo. Już tłumaczę.

Próbą samobójczą nazywam zachowanie, które głównie cechuje rozpaczliwe wołanie o pomoc lub uwagę. I jest ostateczną formą aktywności, której celem ma być zwrócenie na swoje problemy uwagi innych ludzi. Brzmi to okrutnie, ale w moim odczuciu tak to wygląda. Ludzie doprowadzeni do ostateczności sięgają po ostateczne środki. Jeśli spojrzymy na statystyki to widzimy wyraźnie, że mężczyźni podejmują mniej prób samobójczych, ale są bardziej skuteczni, natomiast kobiety podejmują średnio cztery razy więcej prób samobójczych. Nie będę oceniał przyczyn takiego zachowania, ale uważam, że jest to dość ekstremalny sposób zwrócenia na siebie uwagi.

Bo bardzo Was przepraszam – skuteczne pozbawienie siebie samego życia nie jest przedsięwzięciem inżynieryjnym wymagającym doktoratu z anatomii i mechaniki. Dlatego uważam, że przynajmniej połowa prób samobójczych nie ma, jako faktycznego celu, zabicia się. Jest desperacką i ekstremalną próbą zwrócenia na siebie uwagi.

Dlatego nie będę się zajmował tymi przypadkami, ani nie będę w ogóle ich brał pod uwagę w moich rozważaniach. Nawet jeśli macie mi zarzucić, że część prób, nieintencjonalnie, kończy się śmiercią…to pech…


Perspektywa


Muszę teraz ustawić perspektywę z jakiej spojrzę na problem.

Po pierwsze – nie ma żadnych zaświatów. Nie istnieje życie po życiu. Po śmierci nie czeka na nas żadna nagroda czy kara.
Po drugie – nie ma żadnego nadnaturalnego bytu, który mógłby ocenić nasze zachowania czy postawy lub na nie wpłynąć.

Jeszcze jednym warunkiem, jaki muszę tutaj postawić jest skupienie się na samym samobójstwie. Nie chcę tutaj rozważać przyczyn, które powodują, że ludzie podejmują taką decyzję. I o ile są one dość istotne w przypadku prewencji czy pomocy takim osobom, to na potrzeby tej refleksji nie są one nam potrzebne.

Przyjmując taką postawę możemy przejść do rozważań.



Samobój


Samobójstwo jest ostatecznym rozwiązaniem przejściowego problemu. Z mojej perspektywy nie widzę żadnej odwagi w popełnieniu samobójstwa, nie uważam też, że jest to jednoznaczny akt tchórzostwa. Jest to dość indywidualne ale spróbuję to rozwalić.

Osoba, która akceptuje powyższą perspektywę wie, że samobójstwo oznacza koniec. Wszystkiego. Nie ma odkupienia, nie ma kary, nie ma nagrody – jest po prostu koniec. I może, w tej świadomości, podjąć decyzję o jego przyspieszeniu. Uważam to za głupią decyzję, ale nie oznacza to, że człowiek, który to robi jest głupi.

Wszystkich nas czeka śmierć. Świadomość tego i idąca za tym świadomość ograniczonego czasu na ziemi jest wystarczającym powodem, żeby nie spieszyć się zbytnio. Ateista ma wszelkie powody do tego, żeby żyć.

Zwróćcie uwagę na pewien paradoks wynikający z religijnych bajek. Teoretycznie religie w znakomitej większości potępiają samobójstwo. Chrześcijaństwo mówi wręcz o grzechu śmiertelnym. Wystaje z tego brak logiki i to na kilometr. Warunkiem odpuszczenia grzechu jest jego żałowanie i cała ta litania. Więc jeśli samobójstwo nie może zostać odpuszczone, to wynika to albo z kaprysu bożka, albo z tego, że tak naprawdę nie wierzymy w to, co wyznajemy. Bo jeśli człowiek przechodzi do drugiego życia i ma możliwość odczuwania (bo w założeniach ma być szczęśliwy, co jest doznaniem przynajmniej w części zmysłowym), to może też żałować za grzechy, uczynić pokutę i mieć odpuszczone. Czyli w takim ujęciu religia może stanowić zachętę do skrócenia własnego życia.

I nawet jeśli nie uprościmy tych zasad w tak zasadniczy sposób, to wiara w to, że w jakikolwiek sposób będziemy istnieć po śmierci, nie pomaga w zapobieganiu samobójstw. Odważę się nawet powiedzieć, że wzmacnia chęć dokonania tego czynu.

Napisałem o przejściowym problemie. Mam na myśli to, że tak naprawdę każdy problem, który nas spotyka, na drodze od narodzin do śmierci, jest przejściowy. I nie w ostatecznym rozrachunku, tylko na poziomie mikro. To co wczoraj uważaliśmy lub dziś uważamy za osobistą tragedię, jutro może okazać się bzdurą, drobiazgiem lub impulsem do zmiany na lepsze. Często do takiej transformacji potrzebne jest wsparcie bliskich lub specjalistów, ale nie ma sytuacji bez wyjścia, problemów bez rozwiązań, czy relacji bez końca.

I uważam, że żadne złudzenia nie pomagają w takich sytuacjach.

Nie chcę nikogo oceniać ani piętnować ludzi, którzy odeszli w ten sposób. Daleki jestem od tego. Rozumiem też, że osoby bliskie mogą czuć rozgoryczenie, zawód i złość. Będą szukać winnych. Problem polega na tym, że nie istnieje ktoś taki jak „ofiara” samobójstwa. To bzdura.  Jeśli będziemy myśleć o samobójstwie w sposób - sprawca-akt-ofiara, to wytrącamy z niego rzeczywistość. Przesuwamy ciężar problemu z samego samobójcy i jego otoczenia, na nieistniejącego sprawcę. I skupiamy się na nim, podświadomie wiedząc, że go nie znajdziemy. Oczywiście możemy i powinniśmy badać problem, przyczynę takiej decyzji. Ale jeśli stracimy z oczu fakt, że tutaj sprawca jest ofiarą, czyli ta dychotomia jest niepoprawna, to możemy zacząć demonizować i obwiniać aktywności, które - incydentalnie i subiektywnie doprowadziły do samobójstwa – poza tym są nieszkodliwe. I obserwujemy takie przypadki gdy rodziny i emocjonalnie naciskani śledczy czy media zamiast skierować energię na dochodzeniu rzeczywistych przyczyn, schodzą poziom niżej, co jest łatwiejsze, i piętnują impuls prowadzący do problemu, zamiast sam problem. Problemem staje się szkoła, muzyka, praca, pieniądze czy utracona miłość – nie brak umiejętności radzenia sobie z niepowodzeniami czy życie złudzeniami. I to jest łatwiejsze – przyduszać wydumane źródła zamiast uczyć życia w płomieniu/nurcie; obwiniać coś, co tak czy inaczej będzie istniało i na większość ludzi nie ma destrukcyjnego wpływu – zamiast skupić się na tym dlaczego to, co innym nie sprawia problemu, stanowiło dla samobójcy powód do zakończenia życia.

Tak wiem, to kontrowersyjne. Ale też subiektywne i tak jak pisałem na początku – nie musicie się zgadzać z moim spojrzeniem. Uważam, że samobójstwo jest ostatecznie głupim zachowaniem. I jeśli samobójstwa już mają miejsce – to obecnie nie potrafimy sobie radzić z tym dlaczego tak się dzieje. Bo albo nie chcemy dostrzegać wpływu religijnych bredni, albo patrzymy o kawałeczek za daleko w poszukiwaniu źródła problemu.

Do tego tematu na pewno wrócę.

I żeby uciąć wątpliwości – tak, znałem kilka osób, które popełniły samobójstwo. Nie były to bardzo bliskie osoby i tak naprawdę własne doświadczenie nie powinno być w tym przypadku argumentem. Dlatego jeśli ktoś wyciągnie taki argument  - „Nie wiesz co to znaczy, nikt kogo kochałeś/był ci bliski/z rodziny się nie zabił” – zastrzegam – będę to ignorował. Mam do tego prawo J



I na rozluźnienie posłuchajcie jak Doug Stanhope opowiada o życiu i samobójstwie J