czwartek, 7 sierpnia 2014

Uwierz w kreacjonizm – część szósta

Kolejny argument i kolejna część cyklu.
1. Informacja
2. Tworzenie się życia
3. 
Projekt żyjących istot
4. 
Nieredukowalna złożoność
5. 
Drugie prawo termodynamiki
6.
Istnienie wszechświata
7. Idealne dostrojenie ziemi do życia 
8. Idealne dostrojenie praw fizyki
9. Nagłe pojawienie się skamielin w zapisie kopalnym
10. Ludzka świadomość
11. Ludzki język
12. Reprodukcja seksualna
13. Biblijny świadek







Część szósta – Istnienie Wszechświata

Argument - Z definicji coś musi być wieczne (jako, że dziś mamy “coś”, a coś nie może powstać z “niczego”, więc nie było czasu gdy nie było “niczego”). Albo, zatem wszechświat jest wieczny, albo coś/ktoś spoza i większe od samego wszechświata jest wieczne. Wiemy, że wszechświat nie jest wieczny, miał początek (jak dowodzi jego rozszerzanie się).  Zatem Bóg (coś/ktoś poza wszechświatem) musi istnieć i musiał stworzyć wszechświat. Einstein pokazał, że czas i przestrzeń są relatywne. Jeśli nie ma przestrzeni nie ma też czasu. Przed powstaniem wszechświata nie było przestrzeni, więc nie było też koncepcji czasu. To jest trudne do zrozumienia, ponieważ jesteśmy stworzeniami czasoprzestrzennymi, ale pozwala na to, żeby Bóg był wiecznym bytem, kompletnie zgodnym z prawami nauki. Pytanie, „kto stworzył Boga” jest przez to niewłaściwym/błędnym pytaniem, ponieważ jest to pytanie oparte na czasoprzestrzeni (dotyczące punktu w czasie, w którym Bóg zaistniał) ale Bóg istnieje poza czasem i jest pierwszą przyczyną nie wymagającą powodu, przyczyny.

Pierwsze założenie jest czysto spekulacyjne. I tak naprawdę, jeśli mielibyśmy się nad nim głęboko zastanowić, to jest bez sensu, a na pewno nie tłumaczy niczego. Wieczność jest pojęciem absurdalnym z logicznego punktu widzenia. Porównywana do wieczności - matematyczna nieskończoność oznacza nieskończony potencjał, nieskończoną możliwość. Nie nieskończony byt. W eschatologii chrześcijańskiej wieczność oznacza istnienie poza czasem. Problem polega na tym, że bez czasu nie ma wieczności, bo nie ma odniesienia. A nie możemy zrezygnować z relatywizmu, gdy mówimy o pojęciu opisanym jako koncepcja wyznaczana przez relatywność do czasu. I tak w kółko. (Pewnie sam się trochę zakręciłem…jak jest ktoś mocny w takich zakrętasach to proszę o wytknięcie błędu. Jak zawsze z radością się czegoś nauczę J)

Ale tak jak napisałem – wprowadzanie pojęcia nie jasnego i budzącego więcej zapytań niż odpowiedzi, nie jest odpowiedzią na żadne pytanie. Jest dodaniem kolejnego pytania.


Dziś wiemy, że początkiem wszechświata był tak zwany Wielki Wybuch. I ten argument to akceptuje. Nie wiemy do końca, co było wcześniej. Istnieje mnóstwo teorii i zapewne nigdy nie znajdziemy prawidłowej odpowiedzi. Kwestią zasadniczą jest jednak to, że wsadzenie w tę odpowiedź trzech literek B, Ó i G, nie rozwiązuje problemu, tylko go pogłębia. Bo dalsza część tego argumentu, nagle, każe nam wyjąć koncepcje Boga z normalnego trybu szukania odpowiedzi i włożyć go do szuflady „nie ruszać!”. I to jest podstawowy problem z tym argumentem. Blokuje pytanie mówiąc – Bóg jest poza naszym zrozumieniem, ale on jest odpowiedzią.

Możemy ten argument podważyć dwoma uderzeniami:
  • Nie istnieje powód, aby wnioskować, że następstwo połączonych zdarzeń musi mieć początek (David Hume)
  • Rozumowanie jest wewnętrznie sprzeczne, bo zakłada, że wszystko musi mieć inną od siebie przyczynę, a Bóg nie ma innej od siebie przyczyny. (Richard Dawkins)

I gdybyśmy wzięli za dobra monetę twierdzenie, że „To jest trudne do zrozumienia, ponieważ jesteśmy stworzeniami czasoprzestrzennymi, ale pozwala na to, żeby Bóg był wiecznym bytem, kompletnie zgodnym z prawami nauki.” , to mamy poważny problem z całą teologią i nawet z samym tym twierdzeniem. Bo jest ono po prostu wewnętrznie sprzeczne! Skoro nie potrafimy zrozumieć koncepcji poza czasoprzestrzennych to skąd wiedza i świadomość Boga? Jeśli Bóg z argumentu jest faktyczny, to wszystkie teorie na temat istoty Boga są błędne i nieuzasadnione – bo nie wiemy i nie rozumiemy jego natury. Przypisywanie mu, zatem jakichkolwiek cech, własności jest nieuprawnione. Bóg z tego argumentu musi być, zatem bogiem deistycznym, nie teistycznym…a z całą pewnością nie chrześcijańskim. Według mnie, szafowanie tym argumentem jest strzelaniem sobie w kolana. Bo jeśli nie potrafimy zrozumieć natury, intencji czy cech Boga – to wszelkie rytuały, modły, religie i apologetyczne i teologiczne dysputy są bez sensu i bez wartości. I Bóg ma nas w dupie, bo jesteśmy nieistotni, ani nie ma on żadnego interesu w ingerowanie w to jak i po co żyjemy.

No i mamy jeszcze jeden problem. Ten argument po raz pierwszy pojawił się w starożytnej Grecji. Od tego czasu minęło 2,5 tysiąca lat. Dziś wiemy, że rozszerzający się wszechświat przyspiesza, nie zwalnia; poznaliśmy setki, jeśli nie tysiące faktów dotyczących wszechświata, jego natury, sił nim rządzących. Jest jeszcze mnóstwo pytań, na które nie znamy odpowiedzi. I pomimo tego, że z wszystkich tych pytań nauka wypycha koncepcje Boga, argument pozostaje w swojej naturze niezmienny. Ugościł się na dobre i o ile jego sformułowania się zmieniają to jego natura nie.


Może nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie „Co było przed Wielkim Wybuchem?”. Ale jak wskazują tęgie naukowe głowy, samo pytanie o to jest bez sensu. Bo jak możemy mówić o czymś, „przed” jeśli nie istniał czas. A tam właśnie apologeci i kreacjoniści wciskają Boga…

Zastanawiam co jest tak przerażającego w przyznaniu się do niewiedzy. Ja nie mam oporów przed przyznaniem się "NIE WIEM" i przed powiedzeniem komuś - "pomóż mi się dowiedzieć"; albo "pomyliłem się - masz rację". Tego nie kumam...jak można bać się swojej niewiedzy i zamiast się nią motywować, zapychać ją Bogiem...