wtorek, 16 września 2014

Podstawy niewiary

Dziś chcę przedstawić wam moje spojrzenie na to, dlaczego nie wierzę w Boga. Nie będę mówił o motywacjach czy powodach. Chodzi mi bardziej o to, żeby przedstawić konceptualne podstawy mojego ateizmu. Innymi słowy. Jeśli chcesz mnie nawrócić na wiarę – musisz skupić się na tym, żeby pokazać mi, że poniższe koncepcje są lepsze lub bardziej prawdziwe, gdy w ich definicjach, ujęciach mamy Boga, wiarę i religię.

Moralność


Bez Boga nie ma moralności. Ile razy to słyszymy? Ja przynajmniej kilka razy w tygodniu słyszę lub czytam o takim zarzucie. Czy jest ono prawdziwe? W moim odczuciu nie.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z religią, jakąkolwiek. I dajmy mu dowolną książkę. Czy będzie w stanie ocenić czy czyny bohaterów tej książki są dobre lub złe? Czy będzie w stanie ocenić, czy coś, co zrobi postać z książki jest moralne? Oczywiście, że tak. I będzie to w większości spójne z tym, co o granicach moralności myśli społeczność, w której się wychował. Nawet bez Boga i religii.

No dobrze – wiemy, że moralność, jej poczucie jest w nas w jakiś sposób wpisane. Ale skąd się ono bierze. Czy to nie jest miejsce na Boga? Otóż nie. Bo moralność, jej poczucie i zastosowanie nie jest absolutem, nie istnieje poza ludzkim doświadczeniem. Możemy oczywiście teoretyzować i idealizować zasady moralne (tym zajmuje się etyka). Ale to nie jest tak, że moralność bierze się z etyki.

Moralność jest sposobem relacji z otoczeniem, społeczeństwem, które bierze pod uwagę konsekwencje naszych czynów. Na podstawie doświadczenia, zarówno osobistego jak i zbiorowego, przekazywanego w toku edukacji, wiemy jak nasze czyny wpływają na innych i na podstawie tego kształtujemy nasze podstawy moralne. Nie oznacza to, jakby wielu chciało teraz wytknąć, relatywizmu moralnego. Nie można w ogóle, według mnie, mówić o moralności relatywnej. Z prostego powodu – podstawy naszej moralności są wynikiem ewolucji. To dzięki temu, że w toku ewolucji wytworzyły się reguły chroniące pule genowe, dziś istniejemy, jako gatunek. Takie proste i uniwersalne zasady jak nie zabijanie czy nie kłamanie w ramach własnej grupy, są ewolucyjnie korzystne dla społeczności. I na tych podstawach zbudowaliśmy systemy moralne, nie na książkach napisanych setki lub tysiące lat po tym, jak wpadliśmy na to, że zabijanie kolegi nie przynosi ani nam, ani społeczności żadnych korzyści.

Autorytety


To jest ogromny problem nie tylko w kwestiach wiary, ale także w edukacji. Nie uczymy się podważania autorytetów. Uczymy się ślepej wiary w tytuły naukowe, pozycje i setki innych, nic nieznaczących etykietek. I na podstawie tego czy kogoś uważamy za mądrego, posiadającego władzę czy wiedzę – traktujemy go, jako wyrocznię. Lub po prostu kogoś lubimy i dlatego uważamy, że powinniśmy się w związku z tym z nim zgadzać. Nie ma nic bardziej błędnego i destrukcyjnego.

Kwestionujmy autorytety. Merytorycznie, wnikliwie i z dystansem. Bo nie jest ważne, kim ktoś jest. Ważne, co ma do przekazania, co mówi. Oderwanie autora od jego pracy czy wygłaszanych tez niszczy autorytety i pozwala na solidną i bliższą prawdy ocenę wagi i ważności tego, co chce przekazać. I nie ma nic złego w powiedzeniu, że ktoś mówi lub pisze głupoty. To jest to, co wałkuję od początku. Oddziel treść od autora. Nie krytykuj osoby, jeśli nie podobają się Ci się jego poglądy; krytykuj poglądy. W ten sposób unikniesz pułapki niewłaściwie ulokowanego autorytetu.

Jak to się ma do wiary, religii? To bardzo proste. Weźmy do ręki Biblię, Koran czy inną „świętą” księgę. I zapomnijmy o tym, że jest „uświęcona”. Skupmy się na treści, nie na nadbudowie, która wtłaczają w tę treść właśnie autorytety.

Jeśli słuchamy kapłana to skupmy się na tym, co mówi, zadawajmy pytania i oczekujmy odpowiedzi możliwe najbliższych prawdzie. O prawdzie napiszę za chwilę.

Nie ma lepszej metody na naukę niż kwestionowanie i sprawdzanie tego, co inni nam „dostarczają”, jako ich prawdę. Nie przyjmuj milcząco czegoś tylko, dlatego, że ktoś jest od Ciebie starszy, ma tytuł naukowy czy uchodzi za eksperta. Sprawdzaj czy to, co mówi ma pokrycie w rzeczywistości, czy trzyma się kupy. Jeśli nie, nie oznacza, że jest głupim fałszywcem. Oznacza tylko tyle, że się mylił w tej sprawie. I nic nie wyzwala i nie cieszy bardziej niż podważenie czegoś, co inni uznają za prawdę. Ty to sprawdzisz, zbadasz i powiesz – „Nie, to nie jest prawda”. I nic nie powinno nas bardziej cieszyć niż to, że inni podważają nasze tezy. To prowadzi do dialogu, dyskusji, która przynosi zyski obu stronom.

Autorytety zabijają dyskusję. Zwłaszcza jak są bezkrytycznie uznawane jak wyrocznie posiadające monopol na prawdę.

Prawda


Wiele religii twierdzi, że głoszą prawdę. I można powiedzieć jasno i nieco przewrotnie – nie ma nic dalszego od prawdy.

Bo czym jest prawda? Najprościej - prawdą jest wszystko, czego możemy doświadczyć, co możemy udowodnić i co możemy zaobserwować niezależnie od tego, jakie są nasze osobiste poglądy czy wierzenia. To bardzo uproszczona definicja, ale za chwile wyjaśnię, dlaczego takiej definicji używam.

Jeśli do jednego jabłka dodasz drugie jabłko, masz dwa jabłka. Jest to prawda niezależnie od tego czy jesteś lewakiem, prawicowcem, katolikiem czy muzułmaninem. Słońce wschodzi na wschodzie – to jest prawda niezależnie od poglądów politycznych (no chyba, że ten kierunek świata akurat nazwiesz inaczej, ale umówmy się, że nie wchodzimy w dywagacje językowe). Zatem jeśli coś dostrzegane przez jedną osobę nie zmienia się ani swojej natury bez względu na to, kto obserwuje, to możemy powiedzieć – to jest prawda. Są tutaj pewne niuanse, ale na potrzeby dyskusji o religii i wierze takie zdefiniowanie wystarczy.

Jeśli teraz weźmiemy najprostsze, ale też najważniejsze zjawisko w religiach – objawienie, to od razu widzimy, że jest ono pozbawione tej obiektywności, która jest wymagana przy nazwaniu czegoś prawdą. Objawienie jest doświadczeniem osobistym, często wewnętrznym. I o ile dla osoby, która go doświadcza może być ono najprawdziwsze na świecie, nie jest prawdą dla kogoś innego. Uznanie czyjegoś objawienia za prawdę wymaga wiary, bo nie można go w żaden sposób, obiektywnie zaobserwować czy udowodnić. Czyli jest dalekie od prawdy.

Spójrzmy teraz szerzej na kwestie prawdy i religii. Przez całe wieki religie twierdziły, że podsiadają wiedzę i prawdę o świecie. Zastanawiam się jak można nadal stać na takim stanowisku, gdy raz po razie, metoda naukowa i zbiorowy dorobek naukowo-technologiczny obala twierdzenia kapłanów mitologicznych bogów. Dziś tylko przez upór religie nadal stoją tam gdzie stoją. Gdyby naprawdę którejkolwiek z religii zależało na prawdzie odnośnie rzeczywistości, nie mielibyśmy dziś debaty na temat homoseksualizmu, aborcji, in vitro czy badań nad komórkami macierzystymi. Jak można wnosić pretensje do prawdy, gdy biskup mówi, że są inne sposoby na uzyskanie potomstwa przez pary zdiagnozowane, jako niepłodne? Jak można blokować badania mogące potencjalnie uratować tysiące ludzi chorych na stwardnienie rozsiane czy alzheimera, a kto wie, może i inne choroby?

Bo jeśli prawdą jest to, że wszystko na tej ziemi pochodzi od Boga i bez jego zgody nie ma prawa bytu – to, kim oni są, żeby mówić o tym, że cokolwiek, co zrobi człowiek jest przeciwne boskiej woli. Widzicie tutaj pełną hipokryzji walkę o władzę? Bo ja widzę. Nie widzę natomiast wierności prawdzie. I to prawdzie, którą sami głoszą. Tylko po to, żeby jej później zaprzeczyć.

Religia


Nie znam religii, która w mniejszym lub większym stopniu, nie prowadziła do ubezwłasnowolnienia człowieka. To jest jedna z cech każdej religii. Nie ważne czy mówimy o monoteizmie, politeizmie czy nonteizmie (buddyzm). Jeśli mówimy o religii, kulcie, sekcie czy wyznaniu – mówimy o formie ograniczenia wolności człowieka, w ramach wykreowanych na podbudowie wiary w byty nadnaturalne systemów. I nie jest to przesadą.

Począwszy od wczesnodziecięcej indoktrynacji, poprzez ciągłe wzbudzanie w ludziach poczucia winy i strachu, aż po składanie pustych obietnic odnośnie niesprawdzalnego produktu (życie po śmierci) – religie kłamią i uciskają ludzi. I najgroźniejsze w tym jest, że robią to na tyle skutecznie, że każda osoba religijna jest sama sobie więźniem i strażnikiem, a powiedzenie NIE na taki układ, jest uznawane za czyn zdradziecki, niemoralny i zagrożony społecznym i/lub kulturowym ostracyzmem.

Religie są patologią współczesnej cywilizacji. Pozostałością po czasach, gdy pełniły pewne funkcje społeczne. Dziś wszystko, co dają religie jesteśmy w stanie osiągnąć sami, bez nadzoru kapłanów, instytucji i systemów kontroli. Tak jak fizyczne karcenie dzieci okazało się nieskutecznym i szkodliwym środkiem wychowawczym, tak religie okazują się szkodliwym i kłamliwym środkiem w osiąganiu pełni człowieczeństwa.

Większość religii jest do szpiku niemoralna. I możecie się spierać czy Jezus był łagodnym człowiekiem z pokojową filozofią lub że dżinizm głosi doktrynę całkowitej nieagresji. Niemoralne jest to, że nie podlegamy ocenie i sądowi nas samych, że ewentualna kara spotka nas po śmierci lub, że możemy poprzez posługę w instytucji odkupić krzywdy wyrządzone innym.

Dołóżmy do tego autorytarność tych instytucji i ich opresyjny charakter. Teraz wyobraźcie sobie, że z koncepcji religijnej wyrzucamy słowo Bóg. Zastępujemy go słowem „partia”, „ideologia” lub jakimkolwiek innym konceptem. Jak szybko taka instytucja byłaby zdelegalizowana? Tylko, dlatego, że w tych regułach funkcjonuje pojęcie Boga, mamy nie widzieć w ich zasadach, wskazaniach i praktykach anty-ludzkiej działalności?

To jest największa hipokryzja dzisiejszego świata. Podczas gdy walczymy z prześladowaniami, nietolerancją, totalitarnymi systemami i krzywdą innych ludzi, wykluczeniem, cały czas pozwalamy by instytucje, które te wszystkie cechy mają wpisane w podstawową strukturę swojej działalności, nadal działały. Jawnie, legalnie i w świetle reflektorów. I to tylko, dlatego, że uważamy, że wiara w Boga jest ważniejsza niż to, do czego jest wykorzystywana.

Bóg


Na koniec.

Nie wierzę w Boga. Koniec kropka.

Czy Bóg istnieje? Nie wiem. I to jest moje stanowisko dopóki nie zostaną dostarczone dowody potwierdzające tą tezę.

Czy odrzucając wiarę w Boga coś straciłem? Nie sądzę. Chyba jednak zyskałem.

Co zyskałem? Przede wszystkim pytania, na które do tej pory odpowiedzią był Bóg przestały być pytaniami z odpowiedzią. Zmusiło mnie to do poszukiwań. Nie tylko w kwestiach nauki czy rzeczywistości. Pchnęło mnie to także do poszukiwań w samym sobie, odkrywania samego siebie. Rzeczywistość przestała być określonym darem, stanem zastałym. Stała się otwartą księgą, której jestem współautorem. Bo zrozumiałem, że to ja kreuję samego siebie, to ode mnie zależy, kim będę. I to, co robię ma wpływ na mnie i ludzi tu i teraz, nie na klechę, Jezusa czy Boga, który mnie osądzi jak umrę.

Uważam, że po odrzuceniu wiary stałem się lepszym człowiekiem. Nadal się uczę tego jak ważna jest odpowiedzialność za własne czyny. Nadal nie wiem nawet promila tego, co chciałbym wiedzieć. Ale wiem dziś jedno – wiara w Boga nie przybliżała mnie do wiedzy i prawdy. Bo wiara w Boga jest parasolem, który chroni słabych przed prawdą. Bolesną, trudną i czasem nieznośną. Ale nikt nie mówił, że życie jest łatwe. Nie utrudniajmy go sobie pokładając wiarę w kłamstwa.



To jest oczywiście moje osobiste spojrzenie na tę problematykę.
Zapraszam do dyskusji (z tym, że nawiąże dialog dopiero po południu…człowiek musi pracować trochę J).

Trzymajcie się!