poniedziałek, 20 października 2014

Fronda o ateizmie...śmiech i głupota

Dziś odniosę się do długiego artykułu na Frondzie, który nie jest typowym bełkotem frondziarzy. Chodzi o artykuł „Ateizm jako nowy kult religijny”. Przeczytajcie go zanim usiądziecie do czytania mojego tekstu. Bo jest w nim parę rzeczy, które na pierwszy rzut oka są jasne i logiczne, ale chyba się troszkę jednak autor zagalopował i pomylił…


Pierwszym zarzutem jest nieuprawnione wymieszanie systemowego, politycznego racjonalizmu i ateizmu z postawą jednostkową, osobistą. Autor ciągnie te dwa, zupełnie niezależne wózki jedną linka i wrzuca do kociołka krytyki.

Jeśli ktoś porównuje komunistyczny ateizm i racjonalizm do ateizmu Kowalskiego i Ciećwierza, to chyba nie zrozumiał, o czym zamierza pisać. Każdy polityczny światopogląd, niezależnie od tego czy inkorporuje ateizm w swoje ramy, jest właśnie tym – ideologicznym i politycznym światopoglądem. Ateizm, jako samodzielna postawa nie jest światopoglądem. Jest odrzuceniem propozycji teistów na postulat o wierze w Boga. Dopisywanie do tego jakichkolwiek dodatkowych wartości jest nieuprawnione.

dwie wojny światowe oraz mordy komunistyczne są oczywistą konsekwencją skrajnie racjonalistycznego rozumowania”. Trudno o większe uproszczenie i zakłamanie. Zwłaszcza, gdy chcemy obciążyć racjonalizm lub ateizm winą za te zdarzenia.  Ateizm nie jest postawą wobec władzy, dominacji, siły czy politycznej ideologii. Racjonalizm może być sposobem patrzenia na świat, ale samo pojęcie nie jest antyreligijne, ani nie oznacza kierowania się językiem korzyści, co sugeruje artykuł. Wystarczy sięgnąć po definicję racjonalizmu, żeby to zrozumieć…ale tego autor tez nie zrobił; albo zrobił i zlekceważył, bo nie pasowało to do jego koncepcji…

Z punktu widzenia ewolucyjnego lepiej jest dominować nad innymi niż kooperować, co zawsze może okazać się zgubne” – całkowity brak zrozumienia mechanizmów ewolucyjnych. Ewolucja nie jest zmianą osobniczą, jest zmianą pokoleniową w obrębie populacji – dlatego kooperacja sprzyja ewolucji.

Oczywiście po tym jak, według autora, racjonalizm się skompromitował, musiał zacząć…tak…atakować kościół katolicki. Jakby inaczej. I robił to pod płaszczykiem koncepcji wielokulturowości. Rosnąca tolerancja dla innych kultur jest przez autora postrzegana, jako atak na tradycyjne wartości kulturowe. Zastanawiam się tylko, o czym autor mówi, bo ja przez to, że wiem więcej o kulturze Bliskiego Wschodu nie zmieniło faktu, że nadal czuję się Polakiem. Mnóstwo ludzi zna, lubi i studiuje kultury innych części świata, a mimo to pozostają katolikami, Polakami. Co ma piernik do wiatraka? To dokładnie ten sam typ argumentu, który jest przytaczany przy debacie odnośnie homoseksualizmu. „Homoseksualizm jest zagrożeniem dla tradycyjnego modelu rodziny” – tylko jakoś nikt jeszcze nie pokazał homoseksualnych bojówek atakujących rodziny w celu ich deprawacji i rozbicia.

Jest to typowy przykład błędu polegającego na stawianiu dychotomii „My albo oni”, jako jedynej opcji światopoglądowej. Plus automatycznie stawianie się w roli ofiary.

Teza, ze mieszanie różnych kultur i zwalczanie własnej kultury mógł się zrodzić jedynie w skrajnie zracjonalizowanym światopoglądzie jest bardziej niż błędna. Od setek, tysięcy lat, religie chodziły na różne tereny i nie tylko bezpośrednią agresją, ale także poprzez kolaboracje i przekabacanie rdzennych mieszkańców niszczyły kultury i wspierały ludzi do wspierania niszczenia ich własnych kultur. Zatem jeśli koncepcje komunistyczne czy inne skrajnie racjonalistyczne korzystały z takich praktyk, to raczej nie wpadły na to same…

 „religia chrześcijańska była centralnym aspektem rozwoju całej cywilizacji”, powiedzieć to, w kontekście upadku cywilizacji to chyba najbardziej obrzydliwe, co można zrobić. Przez kilkanaście stuleci religia chrześcijańska nie pozwalała na żaden rozwój. Gdy cywilizacja europejska wyzwoliła się spod buta katolickiego autorytaryzmu, rozpoczęła się droga ku postępowi. Oczywiście z perspektywy religijnej to upadek, bo Bóg traci jedno dominium za drugim a polityczna i społeczna rola kościoła zaczyna się marginalizować.

Stosowanie argumentów z popularności w przypadku tekstu – „Liczba prac o tematyce religijnej na wszystkich uniwersytetach angielskich przewyższała liczbę jakichkolwiek innych prac naukowych.”, aż piecze w mózg. Czy na podstawie tego, że w danym dziesięcioleciu, roku czy miesiącu w danym kraju powstało więcej prac humanistycznych niż technicznych mam wnioskować o kondycji nauki, społeczeństwa?
Gdyby rzeczywistość była ograniczona tylko do materializmu, a rozum byłby jedyną funkcją poznawczą ludzi, rozwój sztuki, nauki, handlu oraz progres kulturowy byłyby nie osiągalne. Egzystencja ludzka byłaby ograniczona ciągłymi zmaganiami, próbami podminowania innych oraz ciągłą niepewnością.”

To już nawet nie jest obraźliwe, to jest po prostu kłamstwo. Według tego żadna dziedzina kultury nie może powstać i istnieć bez religii. To wszystko jest wynikiem błędnego zrozumienia faktów – religia nie wymyśliła duchowości. Duchowość funkcjonuje niezależnie od wiary i religii. Religijne systemy zagarnęły duchowość i chcą nią rządzić, dlatego takie tezy są powszechne. Zwłaszcza z ust ludzi wierzących.

No i wejście w fizykę kwantowa, jako argument za religią jest po prostu śmieszny. Gdyby religia nie utraciła swojego prymatu i władzy, nigdy nie doszłoby do odkryć w wielu dziedzinach nauki. W tym w zakresie fizyki. I typowy sofizmat (Straw Man) – „Obraz, jaki wyłania się z nowych odkryć to świat, który przypomina organizm biologiczny raczej niż racjonalną maszynę jak to jest uważane przez ateistów.” – których ateistów. Gęsto cytowani autorzy, żadnej wypowiedzi konkretnego ateisty w temacie. Ja nie znam żadnego ateisty, który by uważał, że świat jest racjonalną maszyną…

Upadłem na ziemię i potrzebowałem chwili, żeby się podnieść…

wielkie odrodzenie religijności w Stanach Zjednoczonych, gdzie chrześcijańscy przywódcy duchowni tacy jak Frank Turek, William Lane Craig, Dinesh D'Souza czy William Dembiński bez przeszkód rzucają wyzwanie największym ateistom na świecie, wygrywając z nimi debaty w argumentacji naukowej”

Chrześcijańscy apologeci zawsze ogłaszają swoje zwycięstwo. Tymczasem, gdy się ogląda takie debaty, polega ono na tym, że unikają oni adresowania poruszanych kwestii lub odpowiadają na stawiane problemy większymi tajemnicami lub pełnymi błędów logicznych argumentacjami. Ponadto – nauka nie opiera się na argumentowaniu czy debatach. Nie wiem, w jakiej rzeczywistości trzeba funkcjonować, żeby uznać rzekome zwycięstwo w debacie, jako oznakę wyższości religii nad nauką…ale czytelnicy frondy to kupią, bo przecież nie oglądają debat…

Artykuł kończy długi cytat Wiliama Lane Graiga na temat edukacji w dziedzinach filozofii chrześcijańskiej i teologii. Tylko, co z tego, że jest więcej wydziałów, a o przemyśleniach filozofów można przeczytać w czasopismach Oxfordu czy Cambridge. Uczelnie działają w oparciu o popyt i jeśli coś jest popularne, to pewnie powstanie wydział nauki na uczelni. Czy to oznacza, że w Polsce od koniec lat dziewięćdziesiątych powstało studium parapsychologiczne w Warszawie, to miasto opanowały wróżki i medium? Nie, oznacza to, że w danym momencie byli ludzie chętni do zgłębiania tej dziedziny i znalazł się ktoś, kto tę tendencję zauważył i ja wykorzystał…oczywiście dla kasy. Czy inaczej jest w przypadku uczelni wyższych w USA? Nie wykluczałbym tego.
Cały artykuł jest oparty o błędną i fałszywą tezę, że tym samym są oddolne, organiczne przemiany światopoglądowe i narzucone, polityczne ideologie. Nawet, jeśli traktują o tym samym lub są do siebie podobne, nie są i nigdy nie były tożsame. Po wyjściu z błędnej tezy, nie można poprowadzić wywodu bez naciągania faktów i błędów formalnych, którymi jest najeżony ten artykuł.


Ogólnie – nice try. Ale proponuję jednak nie aspirować do intelektualnej debaty wychodząc od tezy, która nie może być dalsza od prawdy, niż ta zaprezentowana w tym artykule.