wtorek, 4 listopada 2014

On-line czy real? Wybór konieczny?


Temat urodził się jakiś czas temu i powraca. Chodzi o definicję „robienia czegoś” dla środowiska. Mam poczucie, że jest zbyt dużo pogardy wewnątrz środowiska, ciśnienie na konkretną opcję i jakiś dziwny pęd do wchodzenia w „główną” opcję. Ale po kolei…

Możemy się spierać, chociaż to bezcelowe, która forma aktywizmu jest ważniejsza. Piszę, że bezcelowe, bo mam swój pogląd na te sprawy. Dysonans pojawia się w momencie, gdy ludzie działający w realu, zarzucają aktywistom internetowym „nic nierobienie”. Nie rozumiem takiego podejścia. Ludzie, którzy tworzą treści do sieci, są w moim odczuciu równie ważni, co ludzie działający na ulicach czy w instytucjach. Właściwie to w odniesieniu do dzisiejszych trendów społecznych ma nawet większą wagę i siłę, niż agitowanie na ulicach. Zwłaszcza na poziomie organicznego budowania grup wokół pomysłów, koncepcji czy idei. Obie formy są ważne i powinny się wzajemnie wspierać, przenikać. Rozbicie tego, wzajemne pretensje, niczego nie ułatwiają.

Mam z tym poważny problem. Nie chodzi o to, że nie chcę iść w stronę aktywizmu w poza sieciowej rzeczywistości. Chcę i na swój sposób do tego dążę. Jednak wiem, że dewaluując to, co robią ludzie na FB, YT czy w innych mediach społecznościowych, forach czy stronach internetowych nie przysłużę się niczemu, a jedynie mogę napsuć krwi.

I to nie jest tak, że to, o czym piszę wyssałem z palca. Obserwuję społeczności ateistyczne na zachodzie i widzę jak to tam działa. Znacząca większość dzisiejszych aktywistów to aktywiści on-line. W tym kierunku idzie przesył informacji, idei i największe ruchy społeczności. Selektywnie i konkretnie. Wybitne jednostki z czasem wychodzą, biorą udział w debatach, zlotach i spotkaniach. Nie zarzucają jednak swojej aktywności on-line, bo wiedzą i pamiętają skąd przyszli. Jest też cała masa ludzi, którzy robią tylko do sieci. Nie planują wyjścia na ulicę czy uczestnictwa w życiu stowarzyszeń lub fundacji. I nikt ich z tego powodu nie traktuje mniej poważnie, jeśli mają coś ciekawego i ważnego do powiedzenia.

Jest też druga strona. Wszyscy wielcy zachodniego ateizmu robią mnóstwo rzeczy do sieci. Dawkins, Harriss, Dennett, Randi żeby wymienić tylko kilku. To ludzie z ugruntowaną pozycją w środowisku. Wszyscy prowadzą, w ten lub inny sposób, działania w mediach społecznościowych, mają swoje blogi, kanały na YT. Bo w tym jest siła, tylko trzeba ją okiełznać i wykorzystać.

Tymczasem, odnoszę wrażenie, że w Polsce nadal nie docenia się siły tego medium, jako kreatora postaw, medium, które może wpływać na masy i kreować trendy czy zmieniać całe społeczeństwa. Może do tego jeszcze nie dojrzeliśmy. Może nie traktujemy Internetu, jako poważne i ważne medium, bo się go boimy, nie ufamy i uważamy go za śmietnisko. Nie wiem. Ale uwagi pod adresem ludzi aktywnych w sieci pod tytułem „nic nie robisz”, podczas gdy Ci ludzie wkładają serce i mnóstwo czasu, własnych zasobów w tworzenie treści, budowanie stron i docieranie do ludzi, jest samobójem.

Jeśli dla kogoś funkcjonowanie wyłącznie w Internecie jest naturalne, nie ma planów wychodzenia na ulicę czy uczestnictwa w sformalizowanych grupach, to powinien dostawać takie samo wsparcie całego środowiska. Jeśli ktoś idzie swoim rytmem, swoją drogą, chce się rozwijać i nie wyklucza żadnej drogi – dlaczego mu nie pomóc. Jeśli ktoś nie ma zacięcia do takiej formy aktywizmu, woli iść i fizycznie, realnie budować mosty i budynki – super. Ale dyskredytacja czy dewaluowanie którejkolwiek z opcji nie powinna mieć miejsca. Fundacje i stowarzyszenia powinny wspierać czysto on-linowe inicjatywy…tak jak Internet często promuje ich działania. Zamknięcie tych dróg jest błędem.

Oczywiscie mówimy cały czas z perspektywy wartości treści i przekazu. Nie rzucam hasełek dla każdego jełopa, który chce sie pohuśtać na ateistycznej huśtawce czy na sekularnej karuzeli...mówimy o ludziach poważnie podchodzących do tematu.

I wybaczcie mi, ale uważam, że w dzisiejszych czasach, więcej można zrobić na poziomie budzenia świadomości, docierania do pojedynczych ludzi w sieci. To, co kiedyś robiono w klubokawiarniach czy klubach dyskusyjnych dziś ma miejsce w sieci. Nie zrobisz tego tak szybko, tanio i skutecznie w „realu”. Spróbuj dziś ściągnąć setkę ludzi na spotkanie bez wcześniejszego zaangażowania ich on-line – zapomnij. Musisz im coś dać, żeby przyszli. A jak możesz to im dać za free – tym lepiej. Tyko, że to są koszty…w wirtualnym świecie, częściej liczone w godzinach pracy niż w tysiącach złotych.
Dlatego nie ma we mnie zgody na przechył w żadną ze stron. Będę funkcjonował on-line, dopóki będę miał na to czas i siłę. Nie wykluczam i planuję pójście dalej. Zarówno w działaniach w Internecie, jak i w realu. Wszystko ma jednak swoją cenę i rozwój jest w moim przypadku kompromisem, nie kapitulacją. I czuję, że to jest właściwa droga.



Mógłbym to jeszcze podeprzeć argumentami kongwinistycznymi i pojęciami z zakresu fenomenologii…ale to, kiedy indziej J