środa, 25 lutego 2015

Apel czytelnika, do czytelników...i trochę do całej reszty

Będzie apel. 
Bo to, co się dzieje zakrawa na kpinę i jest obrazą dla przeciętnie inteligentnego osobnika.
O co mi chodzi?
Już podaję…

Jak często widzicie na FB linki do artykułów o interesujących tytułach, chwytliwych opisach i zachęcających obrazkach? Wchodzicie w artykuł i się okazuje, że ma on pięć lat! Albo dziesięć!
Ile razy wrzucacie komentarz z linkiem i nikt nie komentuje podanego źródła, tylko wszyscy skupiają się na Twoim komentarzu?
Ile razy napiszecie cokolwiek powołując się na źródło i okazuje się, że nikt nawet nie zerknął o czym piszecie?
Pominę już przypadki, gdy pojawiają się komentarze – „nie czytałem, za długie” (w skrócie „tl;dr”), bo to nawet się nie klasyfikuje do naprawy. To musi trafić do gruntownej reedukacji.

Dlaczego nie trawię takich zachowań? Po kolei.

Rozumiem, że w przypadku, gdy chce się utrzymać wysokie statystyki na stronie na FB, albo w google analytics, to trzeba publikować dużo. Ale dużo, moi drodzy, to nie znaczy byle co i byle jak. Bo na byle jakiej treści, wychowuje się byle jaką widownię. Jak zasypujesz swoją stronę memami, głupimi obrazkami i artykułami z archiwum internetu, to nie dziw się, że zniechęcasz publiczność, która oczekuje czegoś świeżego, konkretnego i zawierającego treść, nie tylko „przyciągacze”. Wrzucasz ważny, aktualny tekst i co masz? Dwa lajki i stu widzów...nie dziw się. Sam wychowujesz swoją publiczność. Sam kształtujesz jej nawyki. I jeśli nie wymagasz od nich kliknięcia w link artykułu, to nie oczekuj, że to zrobią.

Nie twierdze, że wiem wszystko o tym, co i jak robić w branży „zapodawania treści”. Jestem obserwatorem. Prowadzę tego bloga, dwa fanpage, kilka grup na FB i obserwuję. Bacznie obserwuję co robią inni i jak to robią.



Linkowanie strych artykułów jest nagminne. I o ile taki link, jako komentarz lub źródło dla świeżego newsa lub bieżących rozważań jest uzasadniony, to podawanie go jako sensacji i wielkiego wydarzenia, wynika zapewne z niedbalstwa publikujących lub celowego działania. W obu przypadkach jest to pewna kpina z odbiorcy. Więc proszę Was – jak linkujecie artykuł, sprawdźcie datę jego publikacji lub ostatniej aktualizacji. Nie podniecajmy się wiadomościami sprzed trzech lat, w świecie, który potrafi się zmienić w ciągu tygodnia tak diametralnie, że czasem sami w to nie wierzymy.

Widzimy wpis z artykułem – czytajmy, co jest udostępnione. Często właśnie o to chodzi osobie, która to robi. Skupianie się na tym, co pojawia się w okienku nad linkiem, bez złapania do czego się to odnosi, jest bez sensu. To tak, jakbyś zobaczył ładną okładkę książki, przeczytał jej wierzch, albo nawet tylną obwolutę i dokonał oceny. Ba! Wydał recenzję tej książki. Nie obrażajcie swojej inteligencji i inteligencji innych ludzi…

Umieszczając w tekście albo pod nim źródła, autorzy nie tylko mówią Wam, że sprawdzili to o czym piszą. Mówią Wam także – sprawdźcie sami, przetestujcie naszą wiarygodność. Zastanawiam się jaki odsetek ludzi korzystających z Wikipedii kiedykolwiek kliknęło w linki w sekcji „źródła”. Jeśli tego nigdy nie robiliście, żeby potwierdzić, że artykuł na wiki jest OK...sami znacie odpowiedź.

Bo z jednej strony – twórcy i podający treści nas psują, bo stawiają kolorowe parawany, żebyśmy nie skupiali się za bardzo na samej treści. Z drugiej strony, jeśli my nie czytamy tego, co podają, nie sprawdzamy źródeł, to oni przestają je podawać. Zobaczcie jak wyglądały kiedyś główne portale informacyjne w Polsce. Wirtualna, Onet, Interia. Mnóstwo treści, źródła, opinie...dziś wszystko przypomina pudelka…
Nie wiem czy to wina czytelników, trendów i mody. Wiem jedno – administratorzy tych serwisów wiedzą dokładnie co jest klikane, na co zwracacie uwagę, gdzie zatrzymujecie się na dłużej przewijając stronę. Nie klikacie linków do źródeł pod artykułami? Przestają je tam zamieszczać. Zamiast hiperłączy, linków i przekierowania ruchu na zewnętrzne strony, podają samym tekstem, bardzo ogólnikowo skąd wzięli info.

Przywołam przykład z autopsji. 

25 sierpnia 2014 roku GW napisała, że w Kalifornii nie wolno pocałować dziewczyny bez jej wyraźnej zgody. Ukradzenie pocałunku rzekomo postawiono na równi z molestowaniem i gwałtem. Tak napisała Wyborcza. Czy podała źródło? Nie, bo po co. I tak nikt tego nie klika. Czułem, że coś śmierdzi i zajrzałem na stronę informacji legislacyjnej stanu Kalifornia. I okazało się to wierutną bzdurą, co opisałem w swoim wpisie (link TUTAJ, jak nie jesteście leniwi :)). Podobne sytuacje można mnożyć. Portale wskazując się wzajemnie jako źródła, podają jakieś głupoty, albo piszą po prostu „PAP.pl”, „reuters”...żadnych linków...i tak nikt nie klika. I setki, tysiące komentarzy...w żadnym uwagi - „Jakie jest pochodzenie tej rewelacji?” „Proszę o podanie źródła tej informacji”…

Tak nas, niestety uczy szkoła – łykaj nie wnikaj. I mi też dużo czasu zajęło wyrobienie sobie takich nawyków. Sprawdzam najpierw datę, potem czytam artykuł, następnie szukam źródła...i czasem po prostu odpuszczam, bo okazuje się, że artykuł jest bzdurą. Bo jak przekłamuje źródło – wtedy mam o czym pisać tutaj...nie to, żebym narzekał na brak tematów :)

Bardzo bym chciał, żebyśmy w taki sposób podchodzili do mediów. Krytycznie i sceptycznie. Nie kupując newsów jak prawdy, tylko jako reklamy produktu. Tylko, że serwisy wiadomości, portale, nie sprzedają prawdy czy rzeczywistości, jako produktu...sprzedają siebie jako towar, markę, więc nie ma ograniczeń, jeśli chodzi o koloryzowanie przekazu „reklamowego”. Pamiętajmy o tym, gdy złapiemy kolejną rzekomą rewelację na FB czy na innym serwisie...nie róbcie ze swojej inteligencji kibla newsroomów i spluwaczki „dziennikarzy”, którzy nie potrafią nazwać kraju, który powstał po rozpadzie ZSRR… :)