środa, 8 kwietnia 2015

Medycyna religijna

Po raz kolejny religia, a raczej jej kretyńskie reguły, powodują śmierć.

Akcja ma miejsce w Sydney. 28 latka zachodzi w ciążę. Podczas badań, w siódmym miesiącu ciąży, dowiaduje się, że jest chora na białaczkę. Lekarze proponują, że przeprowadzą cesarskie cięcie, aby uratować dziecko i bezpiecznie poddać dziewczynę chemioterapii. Jednak oba zabiegi wymagają pewnej formy transfuzji krwi, a ona okazuje się należeć do kościoła Świadków Jehowy. W pełni świadoma zagrożenia i bardzo prawdopodobnej śmierci, zarówno jej, jak i dziecka – odmawia rozpoczęcia zabiegu i terapii.
Dziewczyna i jej dziecko umierają 13 dni po postawieniu diagnozy. Powodem był udar i niewydolność wielonarządowa. Wszystko to miało miejsce w 2009 roku.
Sprawa ta dopiero teraz ujrzała światło dzienne ze względu na dobro rodzin zmarłej. Szczegóły sprawy, jednak bez podania personaliów zmarłej, zostały opublikowane w wewnętrznym czasopiśmie Królewskiego Australijskiego Kolegium Lekarzy Medycyny.
Zgodnie z przepisami w Australii, każdy pacjent ma prawo odmówić wykonania zabiegu ratującego jego życie. Natomiast, co budzi wiele kontrowersji to podejmowanie takich decyzji wobec płodu, nienarodzonego dziecka. I to tylko, dlatego, że święta książka zabrania „spożywania krwi”, co Świadkowie podciągają pod transfuzję.
To jest ten poziom religijnej ignorancji i zaślepienia, który jest najbardziej szkodliwy. Pisałem wcześniej o kretynizmach w kościele Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki i wytykałem tam głupoty, jakie ludzie robią w imię religii.
Jedno mnie jednak zawsze zastanawia.
Jak można być takim hipokrytą! Z jednej strony – jeżdżą samochodami z GPS, korzystają z komputerów, Internetu. Z drugiej strony – kwestionują ewolucję, medycynę i setki innych osiągnięć naukowych. Jak spojrzymy na podstawy, to wszystko – od telefonu komórkowego, po niepuszczające płynów pieluchy – to są dokonania naukowe. Ich początki, to zawsze jakiś naukowiec w kitlu, który udowadnia hipotezę przy pomocy eksperymentu. Potem mijają lata i jakiś przedsiębiorczy mózgowiec wymyśla tego praktyczne zastosowanie. I tego nie rozumiem – jak można kwestionować naukę, która dla większości dziedzin jest identycznym procesem, podlegającym takim samym regułom i zasadom, tylko, dlatego, że wyniki badań naukowych nie zgadzają się z naszym światopoglądem czy religią. I staje taki religijny idiota i mówi, przez mikrofon i głośniki, że ewolucja to kłamstwo, nie ma globalnego ocieplenia i ogólnie to dzieło szatana. Podważa wyniki badań naukowych jednocześnie korzystając z osiągnięć nauki.
Dla mnie to najwyższy wymiar hipokryzji. Ten rodzaj głupiej ignorancji, który powoduje, że nie potrafimy spojrzeć poza własne przekonania, na większy obraz.

Bo ludzie religijni czują zagrożenie zmianą, boją się jej. Chcą mieć wszystko poukładane, jasne i proste. Nikt z nich nie bada własnej religii, bo same religie też się zmieniają, ewoluują pod wpływem przemian społecznych, ale także osiągnięć naukowych. I uświadomienie sobie tego, że religia jest takim samym, podlegającym ewolucji społecznej tworem, jest dla tych ludzi przerażające, bo kwestionuje boskie źródło ich wiary. Podobno raz dane i niezmienne. A wystarczy pobieżna edukacja w historii kościołów i religii, żeby zobaczyć, że tak nie jest. I to budzi lęk. Bo jak jedna rzecz, jeden dogmat, jedna reguła, może się zmienić, to nie ma postaw do tego, że inne są wyłączone z takiego procesu. Religie nie są monolitami, na jakie się kreują. I to powinno być pierwszą rzeczą, jaka powinni sobie uświadomić ludzie wierzący. Zmiana jest naturalną drogą wszystkiego i wszystkich. Nie wszystkie zmiany są zawsze korzystne, ale mają miejsce i miejsce mieć będą. Jak coś się nie zmienia to zdycha…i jeśli tego chcą wierzący – to ja im kibicuję. Z trybuny. Bo sam się zmieniłem, poszedłem dalej, zrezygnowałem z uczestnictwa zbiorowym złudzeniu. Czego wszystkim życzę.