wtorek, 21 kwietnia 2015

Mózg w słoiku, w słoiku, w słoiku...

Dziś pojedziemy troszkę abstrakcyjnie, ale też refleksyjnie. I chciałbym, żebyście uruchomili trochę wyobraźnię.
Wszyscy pamiętacie zapewne koncepcję z Matrixa. To pomysł znany z filozofii, jako eksperyment myślowy „Mózg w naczyniu”. Chodzi o to, że zamykamy sam mózg w pojemniku i doprowadzamy do niego aparaturę stymulującą odbieranie wszystkich bodźców. Kompletnie wszystkich. W ten sposób, mózg będzie przekonany o swojej powstającej osobowości, będzie żył w nieustannej stymulacji, nieświadomy swojego rzeczywistego położenia.
Oczywiście od razu pojawiają się pytania o to, kto kieruje tą symulacją, jaki jest jej cel. Na potrzeby tego tekstu załóżmy, że ludzie sami to zrobili. W pewnym momencie weszliśmy taki etap rozwoju, że mogliśmy to zrobić. Zostawmy motywy, to nie istotne…może wysłaliśmy potężny statek w celu odnalezienie nowego domu, może nie mieliśmy innego wyjścia z powodu degradacji środowiska…to nieistotne. Stworzyliśmy pętlę przy pomocy technologii, która pozwala nam oddziaływać za pośrednictwem stymulacji na maszyny i urządzenia, które tworzą, klonują kolejne mózgi i podłączają do aparatury. Nam się wydaje, że zawieramy związki, łączymy się w pary i rodzimy dzieci. Dobrze ułożony słownik tłumaczy te aktywności na instrukcje dla maszyn, które sztucznie tworzą kolejne mózgi i podłączają je do wspólnej halucynacji.
Wszystko, co znamy jest halucynacją, złudzeniem, stymulacją impulsami elektrycznymi.
I teraz się zastanówcie. Skąd możemy wiedzieć, że tak nie jest? Czy możliwe będzie kiedykolwiek dowiedzenie się tego? Sądzę, że jeśli tak jest, to nigdy się tego nie dowiemy.
Przeskoczmy trochę…
Wyobraźmy sobie, że nie zrobiliśmy tego przy pomocy maszyn, a konstruktów myślowych. Zamiast wycinać mózgi i wpychać je w słoiki, wrzucamy w siebie, poprzez wpływ edukacyjny i społeczny, mechanizmy i konstrukcje, które mówią nam jak dostrzegać rzeczywistość, jak ją interpretować. Kierują nami do tego stopnia, że wytrącenie nas z tego wirtualnego słoika powoduje wręcz fizyczny ból. Ludzi, którzy nie posiadają tych struktur uznajemy za szaleńców, wariatów, schizofreników. Tylko, dlatego, że widzą świat inaczej. Po swojemu, nie przez pryzmat ustalonych ram i reguł.
I jeśli się zastanowimy, to robimy sobie właśnie takie coś! Oczywiście, te zabiegi są konieczne, bo gdyby każdy z nas, musiał się uczyć funkcjonowania w otaczającej nas rzeczywistości od zera, nie miałby miejsca żaden postęp. Dlatego pewien zakres takich wtłaczanych konstrukcji i reguł jest konieczny. Tylko, że widzę pewien problem w kondycji człowieka. Bo uczeni tego, że możemy na wszystko mieć gotowy przepis, rozwiązanie i odpowiedź, przestajemy się zastanawiać. Żeby było mało – w znakomitej większości przestajemy nawet doświadczać rzeczywistości. Czerpiemy ją z przekazów innych, którzy najpewniej, część swoich doznań, też wzięli z poza własnych wrażeń. I jesteśmy w miejscu, w którym widzę pewien paradoks. Wróćmy do mózgów w naczyniach…
Jeśli jesteśmy rzeczywiście tylko mózgami działającymi w symulacji życia, to bardzo ciekawe jest i paradoksalne, że w tych halucynacjach, naturalnie wykształciliśmy tendencję do powtarzania tego samego. Jako mózgi w symulacji rzeczywistości, tworzymy społecznie akceptowalne symulacje kolejnej rzeczywistości. Dla własnego komfortu, bezpieczeństwa lub ze zwykłego lenistwa. Istna incepcja. Zwłaszcza, że wyłamanie się z takiego cyklu traktujemy, jak coś nam zagrażającego, nie dostrzegając, w znakomitej większości, że właśnie łamanie tych schematów powadzi nas do przodu…być może do rozwikłania wszystkich naszych pytań.
I na koniec jeszcze refleksja…
Dziś w znakomitej części opieramy swoją wizję świata na relacjach innych. Doświadczamy osobiście bardzo małej części otaczającej nas rzeczywistości. Ta umiejętność – budowania doświadczenia na cudzych eksperymentach z rzeczywistością, jest unikalna i potrzebna – temu nie przeczę. Natomiast absurdalne jest to, że bierzemy doświadczenia, a nie bierzemy nic więcej. Serio! Jako ludzkość spróbowaliśmy wielu rzeczy i jeśli rzeczywiście opieramy swój postęp społeczny i cywilizacyjny na doświadczeniach poprzednich pokoleń, to absurdem jest, że jako ludzkość ciągle wchodzimy w te same akcje. Tradycje, które okazują się głupie i zbyteczne; zabobony, które nie mają pokrycia w rzeczywistości; religie, które, mimo, że popełniły w swoich dziejach chyba wszystkie możliwe błędy, jako stabilizatory ludzkości, nadal są strukturami silnymi i trwałymi; ideologie, które okazały się szkodliwe, niszczące i bez żadnych perspektyw wracają falami…coś jest mocno nie tak z pojedynczym człowiekiem skoro w grupach nadal popełniamy te same błędy, wchodzimy po raz kolejny, i kolejny do tego samego ścieku, z nadzieją, że jednak da się tę wodę pić. I sam nie jestem bez skazy, bo często łapie się na powielaniu nie tylko schematów, ale i tych samych błędów, o których czytałem…i wiedziałem, że są one wpisane w te działania! Chyba jeszcze musimy się sporo nauczyć, jako ludzie, żeby wraz z doświadczeniami uczyć się też ich konsekwencji…
Takie właśnie myśli mnie czasem oplatają jak jadę w zatłoczonym metrze z pracy. Zatłoczonym innymi ludźmi…a może, to tylko złudzenie…