czwartek, 4 czerwca 2015

Polactwo i "sukces"

Tak długo jak Polak nie będzie wspierał Polaka w najdrobniejszych sprawach – tak długo Polska będzie w czarnej dupie.
Mamy taką dziwną cechę „narodową”, że nie potrafimy się cieszyć z sukcesu i szczęścia innych. Nie chcę diagnozować przyczyn czy analizować powodów. Chodzi o czystą obserwację rzeczywistości i wypływające z niej wnioski.
Sukcesu należy zazdrościć, bo to może mieć wpływ motywujący. Ale jak z każdą emocja, zazdrość przesadzona prowadzi do zawiści. A ta, z kolei ma działanie nie budujące, a destrukcyjne.
Jeśli czysto zazdroszczę komuś, że coś osiągnął, to chcę dążyć do podobnych lub lepszych rezultatów. Często badam, co takiego zrobiła dana osoba, że jej się powiodło. I chcę mieć to samo.
Jeśli natomiast wejdzie mi w głowę zawiść – wtedy również mogę badać powody sukcesu…ale moje intencje nie są czyste. Chcę go podważyć, zmniejszyć jego siłę, ująć z niego ile się tylko da. Najgorsze w tym jest to, że tak naprawdę nic tym nie zyskuję…oczywiście poza patologiczną radością ze zniszczenia czyjegoś osiągnięcia. Bo destrukcja bez zysku nie jest nawet egoistyczna…jest chora. Po prostu.
Co można, zatem zrobić? Przede wszystkim należy do zazdrości, która jest naturalna, dołożyć radość z powodzenia innych ludzi. To niewiele, a pozwala uniknąć przesilenia tej zazdrości w kierunku niszczącej zawiści. Jeśli cieszę się z sukcesu drugiej osoby, to czerpię z niego coś dla siebie, jest on dla mnie wartością dodaną. Nie muszę wtedy robić nic więcej – już „zarobiłem”. Jeśli chcę mogę, z takim nastawieniem, próbować wyciągnąć z tego więcej. Nie materialnie, ale motywacyjnie. Wyciągnąć naukę, doświadczenie i siłę.
Materialnie – to chyba jedyny przypadek, gdy „cieszymy” się z sukcesu innych – gdy mamy z tego wymierny zysk. Bo jeśli, na przykład, kolega dostał podwyżkę za wyniki w pracy i stawia wszystkim piwo w knajpie, to wszyscy cieszą się z jego sukcesu…a raczej cieszą się, bo zyskują na jego premii. Można to przełożyć na setki innych przykładów. Natomiast, jeśli cudze osiągnięcie nie przenosi się na nasz zysk…wtedy mamy problem nawet z wykrztuszeniem szczerego „Gratuluję”.
Drugą stroną takiego zachowania, jest podkopywanie metod osiągnięcia sukcesu. Jak często słyszycie, jak ludzie w jego obliczu mówią – „pewnie nakradł, naoszukiwał i zniszczył ludzi na drodze do tego…”. Tutaj wchodzi w grę nie tylko niewiedza, ale też brak wiary w to, że można cokolwiek osiągnąć ciężką pracą i poświęceniem. Polska sytuacja polityczno-gospodarcza nie sprzyja zmianie tego postrzegania…ale to zaklęte koło – my nie wierzymy w to, że praca może prowadzić do sukcesu i nie dajemy z siebie wystarczająco dużo by go osiągnąć, kombinujemy. Tracą na tym przedsiębiorcy, firmy i też muszą szukać wyjścia z sytuacji. Zwalniają, redukują wydatki, koszty. Co ma przełożenie na cały złożony system gospodarczy kraju…kółeczko się zamyka…


A szczęście? Bardzo ulotne i ciężkie do wypracowania. Zwłaszcza w niesprzyjającej atmosferze. Mamy wbudowany taki mechanizm, że chcemy szczęścia własnego. Rzadziej jednak chcemy szczęścia innych. I często prowadzi to do sytuacji, że nie widzimy tego, że szczęście innych jest zaraźliwe. Zaraźliwe w sensie, że czujemy się lepiej w otoczeniu ludzi szczęśliwych, wpływa to na nas i pcha w kierunku szczęścia własnego. Nikt nie odczuje szczęścia będąc cały czas otoczonym ludźmi nieszczęśliwymi. To niemożliwe. Bo do szczęścia potrzebujemy innych ludzi. Nie tylko po to, aby się nim dzielić, ale też po to, by wzmacniali nasze odczucia swoimi.
Skąd, zatem bierze się odczucie duszenia się cudzą radością, powodzeniem? Zapewne z tego, że nie wierzymy we własne siły, nie doceniamy swoich możliwości i zaprzeczamy temu, że potrzebujemy szczęścia i możemy je osiągnąć. I wrzucamy się sami w studnię niepowodzeń. Często urojonych i niepotrzebnych. Bo większość tego, do czego dochodzimy w naszym życiu, niezależnie od tego jak małe i nieważne się wydaje, powinno nas cieszyć. Jeśli chcesz zarabiać trzy tysiące na rękę, a na start dostajesz dwa i pół, to jest to krok w kierunku celu, nie porażka. Jednak często uznajemy to za porażkę. I znowu – przykłady można mnożyć…jeśli chcesz schudnąć pięć kilogramów w miesiąc, a udało się tylko trzy – zamiast uznać to za porażkę – trzeba nauczyć się cieszyć się z postępów.
To ważne – nauczyć się cieszyć z drobnych postępów i dążyć wytrwale i ciągle do obranych celów. Jeśli na którymkolwiek z etapów się poddajemy – to przegraliśmy.
I ważna sprawa – zabrzmi to okrutnie i egoistycznie – jeśli macie w swoim otoczeniu ludzi ciągle krytykujących wasze osiągnięcia, wasze drobne sukcesy, jeśli ktokolwiek z Waszych znajomych mówi – „miałeś zrobić 1000 kroków, a zrobiłeś tylko 600 – jesteś cienias” – to nie powinno takiej osoby być przy Was. Izolujcie takie osoby z Waszego życia, a przynajmniej nie dzielcie z nimi Waszych planów i celów. Nie są tego warci i są toksyczni dla Was. Bo zarówno szczęście jak i sukces zależą, czy tego chcemy czy nie, od innych ludzi…i jeśli siedzicie w kotle z Polakami, którego nie musi pilnować żaden diabeł (jak w dowcipie, że Polacy sami się ściągają z powrotem w dół, jak któremuś się uda wychylić), to trzeba tern garnuszek opuścić jak najszybciej. Metaforycznie albo dosłownie.
I nie dziwne, że wielu ludzi dziś ucieka z dusznego klimatu „polactwa”. Emigrują zarobkowo, bo w UK czy gdzie indziej, ludzie potrafią gratulować i cieszyć się z Twojego awansu ze zmywaka na kuchnię – u nas dostaniesz, co najwyżej pobłażliwego kuksańca z cichym „kiepas”. No chyba, że postawisz piwko – wtedy wszyscy, na chwilę, są twoimi sprzymierzeńcami. Tylko, że to fałszywe i nieszczere.
Dlatego trzeba powtórzyć to, co napisałem na początku:

Dopóki Polak nie będzie wspierał Polaka w osobistych osiągnięciach – nie mamy, co liczyć na cud. Ani polityka, ani gospodarka nie zagwarantuje nam zmiany. Bo te muszą zacząć się od tego, że Kowalski szczerze wesprze Nowaka w jego drodze do sukcesu. Wzmocni jego poczucie sensu i celu…tymczasem widzimy, że nieważne gdzie dwóch Polaków się spotka – jeden będzie ciągnął drugiego w dół. I dopóki to się nie zmieni, dopóki zamiast spychać za szmaty nie zaczniemy podawać sobie stopki do przeskoczenia muru – będziemy w czarnej dupie…