sobota, 26 listopada 2016

Jebane nieroby!

Mieszkam w Warszawie na dość sporym osiedlu. Mamy tutaj sklep, taki market. Dość dobrze wyposażony. Można kupić wszystko. Spożywka, mięso, warzywniak, chemia. Po prostu full opcja jeśli chodzi o pierwsze potrzeby. Ale ja nie o tym.



Ponad połowę pracowników stanowią Ukraińcy. I nie mam z tym problemu. Pracują legalnie, uczą się języka i starają się bardzo. Kilkoro już znam, witamy się jak starzy znajomi. Są bardzo życzliwi i pomocni. Jak trzeba to odłożą mięso, czy wskażą produkty. Zero problemów. Pracują też Polacy. Oczywiście. I zacząłem się zastanawiać gdzie są Ci wszyscy bezrobotni, co narzekają, że nie ma pracy w Polsce. Gdzie są Ci wszyscy głodujący studenci, którzy narzekają, że jest im ciężko.

Według mnie ta sytuacja jest mocno patologiczna i pełna hipokryzji. Bo z jednej strony fajnie, że ludzie przyjeżdżają i znajdują zajęcie, które pomaga im utrzymać siebie, a być może pomóc rodzinie za wschodnią granicą. Ułożyć sobie życie w Polsce, a z czasem zdobyć karty stałego pobytu czy nawet obywatelstwo. Z drugiej strony mamy zasrane, roszczeniowe pokolenie, które ani nie rozumie runku pracy, ani nie próbuje nawet go zrozumieć. I nie mówię z pozycji kogoś, kto wystartował od razu ze sztabką złota w zębach. Bo robiłem w życiu dużo rzeczy, żeby zarobić. Czasem marne pieniądze. Bo ciężko nazwać stawkę 6 złotych za godzinę godnym wynagrodzeniem. Ale się pracowało i człowiek się starał pokazać jak najlepiej i przysłużyć się firmie, żeby dała więcej, żeby awansować, dostać premię. W obecnej firmie zacząłem pracować, bo dostałem 200 złotych więcej niż w poprzedniej. I nie mówimy o wartościach powyżej dwóch kółek!

Dziś mamy sytuację, że małolat po studiach, z chuja wartym dyplomem, nie zacznie pracy za 2500 brutto. Bo go to kole w podbudowane tytułem magistra, zasrane ego. Nie kuma, że pierwsze dwa, trzy miesiące jego pracy, to dla pracodawcy tylko wydatki. Bo się musi nauczyć co, jak, gdzie i kiedy. Bo musi ogarnąć wszystko, co specyficzne dla danego zakładu pracy. I nikt nie zainwestuje chuj wie, jakiej kasy w osobę, którą pierwszy raz widzi na oczy. Niech taki szczyl się zastanowi, czy dałby komuś obcemu, zagrać za niego przez miesiąc w ukochaną grę on-line, jego postacią. I jeszcze mu za to zapłacić! Grubą kasę! Zapewne nie. Nie pozwoliłby dotknąć swojego konta. A tego wymagają od pracodawców – daj mi swój urobek, swoją firmę, swoje pieniądze i zaufaj, że niczego nie spierdolę i będę działał na twoją korzyść. Chuj, że mnie nie znasz, bo wszedłem wprost z chodnika przed budynkiem, a jedyne co posiadam, jako swój atut, to świstek papieru, który mówi – „wkuwał przez 5 lat i zdał egzamin”.

I te spierdoliny społeczne nie pracują. Bo ciężko, bo za mało, bo się kurwa przyzwyczaili, że ktoś ich finansuje. I myślą, że jak już mają dyplom, pozdawali egzaminy, to będzie z górki. A stoją dopiero u podnóża góry, która się nazywa dorosłe życie. I muszą zacząć ciągnąć za sobą kamienie z napisami – odpowiedzialność, oszczędność, koszty życia. A chcieliby od razu zrobić kilka, albo jeden duży krok i być na szczycie!

Rynek pracy jest ciężki. Nie jest kolorowo. Pensje nie są zbyt dobre, firmy tną koszty, odbierają benefity dodatkowe lub je ograniczają. A to dlatego, że nie ma siły nabywczej ich produktów. A nie ma tych nabywców, bo nie chcą pracować i zarabiać kasy, żeby te produkty kupować. I kółeczko się zamyka.

I człowiek idzie do osiedlowego sklepu, do galerii handlowej. I widzi na co drugiej wystawie ogłoszenia – „przyjmiemy do pracy”. A potem spotyka ludzi, którzy stoją i pierdolą, że nie ma pracy, że nie warto, że jest tragedia. To Wy jesteście tragedią, to wy ją powodujecie. Popracuj ze trzy-cztery miesiące dla firmy. Pokaż, że warto w Ciebie zainwestować, bo przynosisz firmie wartość dodatkową. Jesteś świeżakiem po szkole, masz ze dwa punkciki więcej na start, ale to nic przy skali do stu. Więc nie licz, że ktoś Cię wynagrodzi, na dzień dobry za to, że się uczyłeś. Zapomnij. Te czasy już nie wrócą. I proszę – przestań pierdolić, że nie ma pracy. Zacznij nazywać rzeczy po imieniu. Że nie chce Ci się pracować za dwa koła, bo pojebało Ci się w dupie i masz wymagania nieadekwatne do możliwego wkładu w rynek pracy. Bądź chociaż uczciwy wobec siebie samego. Albo jedź za granicę. Robić to, czego nie chcesz robić tutaj, bo jest poniżej twojej godności. Tam nie jest. I magister na zmywaku w UK nie jest upokorzeniem. Magister w biurze czy sklepie w Polsce – jest. Jest taka prawda uniwersalna – żadna praca nie hańbi, jeśli jest uczciwa. Ale posrane puste łby żyją w podwójnych standardach i chcą od razu, dużo i najlepiej za spanie w domu.


Strasznie mnie to wkurwia i cieszę się, że chcący pracować ludzie przyjeżdżają z Ukrainy. A Polaki-Cebulaki, z dupami wyżej niż czoła, niech jadą na zachód. Tam się po nich przejedzie manager restauracji, w której myją kible i pomyślą – „a mogłem za podobną kasę w Polsce siedzieć w biurze i przekładać papierki”. Głośno się nie przyznają, że mieszkają w osiem osób w pokoju 2x2, że nie jedzą prawie nic, żeby przyjechać raz na trzy miesiące do kraju i pokazać jakimi to panami są zagramanicą. Kibicuję tym, którym się udaje, osiągają sukcesy na zachodzie. I gardzę tym, którzy plują na Polski rynek pracy, nawet w niego nie wchodząc. I czyszczą buty gentelmanom w Londku, a w korespondencji z krajem, kłamią, że są kierownikami w dużych firmach. Zbyt dużo znam takich przypadków, żeby ogół traktować poważnie. Zwłaszcza jak jedzie tam szczaw bez pojęcia, bo śmierdzi mu praca w Polsce. Hak wam w dupę.