sobota, 12 listopada 2016

PPShit: Szkodliwa retoryka

Mam dość debaty z ludźmi, którzy jako pierwszy argument w dyskusji, używają charakterystyki rozmówcy. Chcę rozmawiać o weganizmie czy wegetarianizmie – jestem mięsożercą; chcę rozmawiać o feminizmie – jestem białym heteroseksualnym facetem; chcę gadać o patriotyzmie – jestem lewakiem ateistą. To chore i szkodliwe. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Ci językowi i ideowi wojownicy, nie widzą jak bardzo szkodzą sami sobie, w ten sposób podchodząc do dyskusji. I nie wytłumaczysz, że do pełnego zrozumienia skali problemu, czy wszystkich możliwych inklinacji tego, o czym mówimy, potrzebne jest możliwie najpełniejsze spojrzenie. Nie! To oni, jako przedstawiciele zanurzeni w problemie wiedzą najlepiej, widza najpełniej i mają rację. Reszta to ignoranci bez pojęcia i opresorzy. A najlepiej jak w ogóle się nie będą wypowiadać, w czasie, gdy my będziemy naciskać i lobbować zmiany, które mają dotknąć także ich.

To jedno.

Drugie to język, jaki jest wymuszany w tych dyskusjach. Język możliwie nieprecyzyjny, niejasny, pojemny jak jasna cholera. Bo trzeba mówić o jednym problemie, jednocześnie umieszczając w jego definicji wszystko, co jest, chociaż mgliście z nim związane. I oczekują kompleksowych rozwiązań w odpowiedzi na zagadnienia, w których skład wchodzi tak szerokie spektrum problemów, że tak naprawdę nie wiadomo już, o co chodzi. Oczywiście kwestionowanie zasadności użycia takich pojęć i definicji jest zakazane i piętnowane. Bo przecież nie mogę powiedzieć, że pojęcie nierówności społecznej jest zbyt pojemne, żeby można było znaleźć na nie jedno, konkretne i realne rozwiązanie. Jestem wtedy uznany za zwolennika przywilejów i patriarchalnego kutasa. Tylko, że nikt nie powie tego w ten sposób, bo w koło pełza polityczna poprawność.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że środowiska, które używają takich taktyk, udają, ze chcą dyskutować publicznie. Udają, bo i tak przecież wiedza lepiej i mają rację, ale dla świętego spokoju, dają „szansę” wypowiedzi każdemu. I obruszają się, gdy ktoś powie lub napisze coś, co nie zgadza się z ich podejściem. Nie mówiąc już o przypadkach, gdy ktoś wytknie im, że poruszają temat, problem, który nie istnieje.

Dlatego takie dyskusje, pozorowane, są bez sensu, rozpoznać je można właśnie po tym, że pierwszym argumentem jest podważenie opinii na podstawie oceny osoby ją wypowiadającej. Od razu tył zwrot i jak najdalej. Bo gówno leci bardzo szybko w generalnie określonym kierunku. Waszym kierunku.

Problemem największym w przypadku takiego pojęciowego upychania treści w niejasnych zlepkach językowych, jest kilka rzeczy.

Po pierwsze – nie można znaleźć systemowego rozwiązania problemu i skutecznego remedium na postawioną kwestię, jeśli jego definicja nie mówi nic o nim samym, lub jest tak szeroka, że…nie mówi nic o problemie. Lubię stosować w takich przypadkach reguły biznesowe, bo często się sprawdzają w życiu. Jeśli postawimy jasno określony problem, to przy zastosowaniu najprostszego z narzędzi projektowych, możemy sprecyzować, co potrzeba do jego rozwiązania. Trójkąt projektowy mówi o trzech zmiennych – zakresie, koszcie i czasie. Potrzebujemy minimum dwóch z nich, żeby określić trzeci. I gdy zmieniamy którykolwiek z nich, to zmianie ulegają pozostałe. Jeśli weźmiemy pod uwagę problemy codziennego życia to okazuje się, ze jego mechanika sprawdza się doskonale. Jeśli chcemy iść na obiad na miasto i jedyne, co mamy to, kiedy (czas) oraz ile mamy kasy (koszt), to możemy prosto oszacować, do jakiej restauracji idziemy i na co możemy sobie pozwolić (zakres). Czyli koszt i czas determinuje zakres. I robimy to codziennie. Zdajemy sobie tez sprawę, że jeśli nie określimy przynajmniej dwóch z nich, to zostajemy w ciemnej dupie, bo albo nie mamy terminu, albo nie wiemy ile mamy kasy. I restauracja odpada, nie ma planu, nie ma wyjścia. Tym bardziej, jeśli nie wiemy, co chcemy osiągnąć, bo zakres podlega interpretacji albo jest stale poszerzany, zamiast precyzowany. W przypadku problemów społecznych precyzowanie jest często też blokowane. I to problem drugi.

Polityczna poprawność. Demon realnego lania wody i unikania nazywania rzeczy po imieniu. Jeżeli zamiast powiedzieć, że szef jest kutasem, który bezczelnie molestuje swoje pracownice, używamy określenia, że miejsce pracy jest przesycone atmosferą napięcia płciowego, dyskryminacji i seksualizacji wynikającej z pozycji zawodowej, to nie zaadresujemy konkretnego problemu. Otulamy sytuację ładnymi i mądrze brzmiącymi słowami. Nie znajdziemy rozwiązania problemu, bo nie mamy precyzyjnego celu. Przykłady można mnożyć. Chodzi o to, że mądre słowa, miękkie pojęcia i neutralne definicje gaszą nie tylko poziom problemu i jego wagę, ale też dają swobodę interpretacyjną. Bo w podanym przykładzie chodzi o molestowanie kobiet przez szefa, ale w ujęciu politycznej poprawności możemy zmieścić tam milion innych kwestii, które mają lub mogłyby mieć miejsce. Znika sprawca, znika problem, wchodzimy w pojęcia atmosfery i innych, ogólnych zdarzeń i sytuacji. I nie wiemy gdzie uderzyć, kto powinien dostać w ryj albo wyrok. To jest właśnie wynik politycznej poprawności.

Teraz zastanówmy się, dlaczego społecznie, dość szybko rozwiązywaliśmy problemy w przeszłości. Dlaczego feminizm pierwszej i drugiej fali zakończył się sukcesem? Bo nazywano rzeczy po imieniu, bo nikt nie próbował zakrywać problemów nowomową czy pojęciami, które minimalizowały ewentualne traumy w ludziach, o których się mówi. OK, możemy dyskutować czy rzeczywiście używany język ma aż taki wpływ na sukces inicjatyw i pomaga lub utrudnia rozwiązanie kwestii, które są podstawą jakichkolwiek ruchów społecznych. Faktem jednak jest to, ze to jak mówimy kształtuje to jak myślimy. I jeśli wypowiedzi Trumpa o imigrantach, kobietach i gospodarce są odarte z politycznej poprawności i przez to wyzwalają natychmiastowe reakcje, inicjatywy i kroki przeciwko jego planom, to chyba jest coś na rzeczy. Jednak język ma siłę, której te ruchy potrzebują. I się jej pozbawiają przez podyktowane polityczną poprawnością budowanie potworków pojęciowych, nieprecyzyjnych definicji i blokowanie rozmówców wychodzących z tej retoryki, lub pochodzących spoza kręgu bezpośrednio zanurzonych w poruszanym problemie. Sami kręcą sobie sznurki, na których wiszą jak marionetki. Bo raz rozpoczęte przedefiniowania problemów, dolepianie nowych okoliczności i zdarzeń, ciężko zatrzymać i zawsze znajdzie się ktoś, komu takie rozmycie pasuje…politycznie albo ideologicznie. A jak do inicjatyw mających na celu zmianę lub realne naprawienie społecznych problemów wpuścimy polityków i ideologów, to możemy spakować walizkę i wyłączyć stoper. Dopóki będzie do zbicia kapitał polityczny, dopóty problem nie będzie rozwiązany. A im szerzej definiowany, tym potencjał polityczny większy. Wnioski wyciągnijcie sami…


PS. Wieczorem kolejny film na moim YT, wiec nie spać, czekać i oglądać. Będzie strasznie i śmiesznie. Macie jeszcze kilka godzin, żeby podesłać mi linki do filmików na FB, więc śmiało!