poniedziałek, 19 grudnia 2016

„Pato-patrioci”

Od jakiegoś czasu w rozmowach z różnymi ludźmi podnoszę jeden temat. A właściwie
coś, co mi się nasuwa, za każdym razem, gdy próbuje rozsądnie rozmawiać z tak zwanymi „patriotami”. I to nie tymi, którzy wiedzą, co to słowo oznacza, tylko tych, którzy to pojęcie wypaczają i wycierają sobie nim przebrzydłe, nacjonalistyczne ryje. I zawsze stawiam pytanie – czy naprawdę prawica umie rozmawiać jedynie językiem przemocy? Czy radykalizm prawicowy oznacza walenie w ryj, kopanie po twarzach wszystkich „nieprawdziwych Polaków” i ganianie się po ulicach? Bo wszystko rozumiem. Rozumiem, że można być tak upośledzonym umysłowo, że jedyną opcją akcji jest agresja. Wiem, że jak ktoś jest zaślepionym ideologicznie kretynem i to zaślepienie nie wynika z wiedzy tylko indoktrynacji, to żadna rozmowa nie ma sensu. Wiem, że jak ktoś bezkrytycznie akceptuje jakąkolwiek ideologię, nie stawia wobec niej pytań i nie kontestuje jej założeń, to nadaje się jedynie na mięso armatnie. Tylko, dlaczego cechuje to zwłaszcza jedną stronę politycznego śmietnika. Albo przynajmniej to ich duma rozpiera z takich postaw.

Dziś na Twitterze pokazał to ONR:


I jest to rzeczywiście powód do dumy. Jest się, czym chwalić. Zwłaszcza, że to nie pomaga samemu ONRowi, robi z nich bandytów, jakimi są. Może pomóc w dalszej wiktymizacji KODu i przyciągnie do tej skompromitowanej organizacji kolejnych zwolenników, których mierzi agresja, jaką posługuje się ONR. I tych idiotów zaprasza się do radia, rozmawia się z nimi jak z partnerami debaty publicznej.

Czepniecie się tego, że nazywam KOD skompromitowanym. Bo jak ktoś krzyczy, że broni demokracji, a chce siłą i dziwnymi akcjami, obalić demokratycznie (bądź, co bądź) wybrany rząd i parlament, to dla mnie jest to parodia, najłagodniej mówiąc. Więc nie pierdolcie mi o obronie demokracji, gdy chcecie siłą i pozaprawnymi metodami obalić rząd.

Wracając do prawicy. Nie uważam, że jest, o czym rozmawiać ze skrajną prawica. Niezależnie od tego, jak bardzo będą się gimnastykować ich przywódcy czy rzecznicy. Dopóki jedyną reakcją na krytykę czy próbę dialogu będą teksty – „możesz dostać w ryj lewaku”, „chodź na marsz, to cię przekopiemy” czy „jebana lewacka szmato, nasram ci na łeb”. Bo każda organizacja jest tylko tak dobra, jak jej najgorszy członek. To się tyczy wszystkich, od lewa do prawa. I jeśli pozwalacie, żeby Wasi „członkowie” (żeby nie napisać chuje) bili ludzi za odmienne poglądy, to jesteście tak samo za to odpowiedzialni. I krawat, piękne słówka czy kwieciste deklaracje patriotyczne tego nie zmienią. Jesteście fasadą dla grup bandziorów. Dajecie im legitymizację do przemocy i ochronę przed konsekwencjami prawnymi.

I żeby była jasność – jeśli Antifa czy inna lewicowa organizacja nie potępi aktów wandalizmu, czy przemocy wobec innych ludzi, tak samo ją potraktuję. Nie mam w zwyczaju uprawiać dwumyślenia i staram się unikać w tak podstawowych sprawach stronniczości podyktowanej sympatiami. Tylko jakoś, dziwnym trafem, środowiska określane, jako „lewackie”, raczej posługują się jednak pokojowymi metodami, ironią, sarkazmem i parodią. Nie straszeniem linczem czy połamaniem rąk i nóg. Więc w tym przypadku, z nimi można pogadać, znaleźć wspólny język. Przynajmniej jest podstawa do prób podjęcia dialogu. Jedyny język, jaki możną znaleźć w odniesieniu do dzisiejszej prawicy, to kij, but i bruk. Ale to pewnie czysty zbieg okoliczności, manipulacja mediów i lewacko-żydowska propaganda sponsorowana przez Sorosa…a Marian otwiera „Prawdziwie Polskiego Kebaba” i jest git. Teraz prawica, po zadymach, nie musi się chować po bramach i czekać jak jakiś odważny, zakamuflowany partyzant przyniesie dużego w picie z baraniną od Ahmeda.