wtorek, 20 grudnia 2016

PPShit: Nazwijmy w końcu rzeczy po imieniu!

Im więcej czytam artykułów i oglądam transmisji w TV, tym bardziej mnie drażni to, z jaką ostrożnością i zakłamanym tchórzostwem, media te mówią o tym, co się dzieje na świecie. Ma to swoje głęboko idące konsekwencje, ale one zdają się spływać po ludziach, którzy powinni być forpocztą w informowaniu społeczeństwa o zagrożeniach. Zwłaszcza, że są one jak najbardziej realne i mają swoje wyraźne podłoże. I nigdy zbyt dużo mówienia o tym, więc jak ktoś mi napisze, ze to już mówiłem, że o tym pisałem, to niech spada. Będę pisał regularnie, bo media tego nie robią.


Ataki stają się coraz zuchwalsze. Coraz bardziej otwarte. I coraz bardziej zaangażowane politycznie. Zabójstwo rosyjskiego ambasadora, wjechanie ciężarówką w targ świąteczny czy incydenty pod ambasadom w Ankarze. To są najnowsze akcje, które media nadal się boją nazwać po imieniu. Islamiści wprowadzają terror do Europy. Czy politycy tego chcą czy nie. Czy media będą o tym mówiły, czy też nie. To się dzieje i będzie postępowało. Bo cele są jasne i klarowne. Nie trzeba do tego być islamskim teologiem czy znać na pamięć Koranu czy Hadisów. Trzeba umieć korzystać z Internetu i odsiewać ziarna od plew. Jeśli zabójca ambasadora krzyczy Allahu Akbar, to pewnie wierzy w świętego Mikołaja i Jezusa. Jeżeli kutafon pakistańskiego pochodzenia zabija kierowcę i wjeżdża w targ bożonarodzeniowy, to pewnie też jest głęboko religijnym chrześcijaninem. Czemu nazywanie po imieniu tego, co motywuje tych ludzi jest tak strasznie hamowane? Dlaczego to takie zasrane tabu? Ja tego nie rozumiem.

Otwarcie mówimy o zagrożeniach faszyzacją, o niebezpieczeństwie drogi w stronę totalitaryzmów czy radykalizowania się polityki. Nie potrafimy powiedzieć, że islam jest problemem. Konstruujemy pojęcia islamofobii, które skutecznie zamykają usta krytyce tego toksycznego systemu. Bo może istnieją islamofobowie, tylko, że takie ujęcie sprawy mówi o nieuzasadnionym, nieracjonalnym lęku przed jakimś zjawiskiem. Lęk przed islamem jest jak najbardziej uzasadniony. I widzimy to codziennie. Jak nie wysadzą, to zgwałcą, obetną głowę, zrzucą z wieżowca, obleją kwasem, podpalą czy zaatakują nożami lub maczetami. I jakoś nie słychać wszechobecnego potępienia tych czynów. Nie słychać muzułmańskiego sprzeciwu wobec tych akcji. Wszystkie środowiska potępiają (na swój zakłamany i politycznie poprawny sposób) takie akty. Współczują ofiarom, łączą się w bólu. Tylko nie muzułmanie. Gdzie są marsze milczenia społeczności muzułmańskich po atakach terrorystycznych? Gdzie są partycje, memoranda, noty dyplomatyczne? Nie ma. Bo nie będzie. Bo nie ma czegoś takiego jak umiarkowany Islam, jak islam z ludzką twarzą. To wszystko jest jeden tygiel nienawiści, ksenofobii i agresji. Ma być jeden światowy kalifat i tyle. I nie ważne czy zostanie to osiągnięte przy pomocy demografii, terroru, kłamstw i oszustw czy politycznym zabiegom. Cel jest jeden. Zdefiniowany u samego źródła i konsekwentnie realizowany. Przy wsparciu mediów. Bo możemy się spierać czy media świadomie pomagają islamistom. Ale jeśli nie przeciwstawiają się konkretnemu zagrożeniu, jeśli przekłamują prawdę i mamią widzów – to pomagają terrorystom. Pomagają im ukryć się wśród zwykłych ludzi, pomagają zachować pozory. Czy wszyscy zapomnieli, na czym polega terroryzm, czy wszyscy w swoich ciasnych pokoikach redakcyjnych i gabinetach politycznych tak bardzo zakochali się w politycznej poprawności, że nie widza, że dokładają cegiełkę do wygranej radykałów? Bo terroryzm polega na tym, że się boimy. A my jesteśmy w miejscu, gdzie boimy się nawet mówić o islamie, jako źródle globalnego terroryzmu. Czyli terroryści wygrywają. Wygrywają w naszych głowach, w naszym języku, w naszych myślach.

Czy może być coś bardziej sprzyjającego islamistom niż przemilczenia wpływu tej ideologii na ich czyny? Ja nie wyobrażam sobie rzetelnej analizy zjawiska, żadnego, bez wskazania na łączącą wszystkie incydenty część wspólną. Bez pokazania palcem – to Islam jest tym, co łączy te wszystkie akty terroru. To islam, w swoich założeniach teologicznych i ideologicznych jest przyczyną tego, że nie jest możliwa integracja z muzułmanami. Że oni się nie zintegrują, bo nie wolno im tego robić. Religia im zabrania. Ta sama religia, która jest nazywana przez tak zwanych „umiarkowanych” – religia pokoju. A ze pokój może zapanować tylko w globalnym kalifacie…to się pomija, bo to nieistotny detal.

Jak już pisałem – bez wewnętrznej krytyki, zmian i reformacji, Islam nigdy nie stanie się partnerem dla świata zachodniego. Zawsze będzie jego opozycją, agresorem i najeźdźcą. Mentalnym, religijnym, terrorystycznym. Nie mają potęgi militarnej, więc wchodzą w nas jak gorący nóż w masło innymi metodami. Tak jak uczy ich prorok.

I dopóki nie nauczymy się, że przemilczanie prawdy, pomijanie faktów i kłamstwa w imię politycznej poprawności, to wspieranie tych ruchów i taktyk – to idziemy w prostym kierunku do sytuacji, gdy tę wojnę przegramy. Podskórnie, od środka. Bo zbroimy się w grube pancerze, ale wpuszczamy pchły za kołnierz. I nie włączymy z nimi, bo przecież nie możemy dyskryminować tych zwierzątek, które też mają prawo do życia tak, jak mają ochotę. A potem infekcja, wirusy, gangrena i śmierć. W pięknym, złoconym pancerzu, na bojowym rumaku. Z pięknym mieczem przy pasie i świetlistym proporcu na lancy. Tylko rycerz trochę śmierdzi, bo z szacunku dla pcheł przestał się myć i powoli umiera. Zżerany od środka. Tylko, dlatego, że nie chce się przyznać, że ma problem, że mu to przeszkadza i ze nie powinno tak być. Bo co powiedzą inni rycerze, bo co powiedzą na królewskich dworach, skąd pchły uciekły przed masowa dezynsekcją. To wszystko zaczyna wyglądać tragicznie, bo już nie komicznie. I najgorsze jest to, że nikt tych pcheł palcem nie pokazuje, bo przecież nie wszystkie gryzą, nie wszystkie przenoszą choroby. To mały margines tych złych, niedobrych i nieprawdziwych pcheł. Bo te prawdziwe chcą tylko czasem wypić trochę krwi, ale poza tym to się zintegrują z rycerzem. Będzie git.