wtorek, 17 stycznia 2017

Bądźmy, kurwa, szczerzy!

 Najnowsze badania z Holandii, UK, USA i Hong Kongu pokazały jedną rzecz. Przekleństwa, do tej pory kojarzone ze złością, nieokrzesaniem czy prymitywizmem, okazały się też oznaką szczerości. Ludzie używający przekleństw znacznie rzadziej kłamią i oszukują niż ludzie, którzy nie używają takiego języka. Badania były dwa – w pierwszym poproszono 276 uczestników o listę ulubionych przekleństw. W drugim, zebrano dane od 75 tysięcy użytkowników Facebooka by zbadać ich używanie przekleństw w postach. Badanie pokazało, że Ci, którzy używają przekleństw, znacznie częściej używają też wzorów językowych kojarzonych z uczciwością i szczerością. Między innymi „ja” i „mnie””

Badanie i jego detale są o przeczytania TU.

Co ja na to? Kurwa, bombowo!

Może troszkę to na wyrost, ale co tam. Ja nie uważam, zęby używanie przekleństw było złe. Te słowa, są częścią naszego języka, są nam bliskie i wywołują emocje. Są też często przez emocje powodowane. A co, jak co, emocje jest bardzo trudno udawać. Więc jeśli ktoś, nawet fasadowo, ma uśmiech na twarzy, ale mówi – „ja pierdolę”, to pokazuje emocje, które nie są zbyt pozytywne. Ja dość dużo używam przekleństw. Czasem mimowolnie, często z premedytacją. I tutaj pojawiają się dwie strony, które moim zdaniem badanie nieco pominęło. Bo jeśli słowa i zwroty wulgarne są używane spontanicznie, to rzeczywiście mogą nieść ładunek wskazujący na szczerość. Jeśli jednak są używane z premedytacją, mogą być formą manipulacji. Więc nie stawiałbym znaku równości pomiędzy słowami kurwa i prawda. Bo to nie jest takie proste.

Sam używam przekleństw i wulgaryzmów w sowich tekstach czy wypowiedziach na YT. I robię to często spontanicznie (zwłaszcza podczas kręcenia filmów), ale też chce dzięki nim prowokować. Wzmacniać przekaz. Cokolwiek byście nie myśleli, nie uznaję jakiejkolwiek cenzury. Zwłaszcza obyczajowej. A zakaz przeklinania jest takim dziwnym tworem obyczajowym, płynnym i zmiennym. 20 lat temu „dupa” w telewizji raziła i była passe. Dziś jest normą i nikt nie kruszy kopii. Więc za chwilę może być tak, że inne słowa tez przestaną być powodem do zamknięcia ust. Poczekamy zobaczymy. Natomiast fakt, że użycie wulgaryzmów jest formą luźnej umowy społecznej, potwierdza to, że w zależności od miejsca, otoczenia, towarzystwa, możemy lub nie powinniśmy przeklinać. Siedząc w knajpie ze znajomymi, nikt nie zwróci uwagi na zdawkowo rzuconego „chuja” czy „pizdę”. W restauracji lub pracy, już mogłoby to zostać odebrane negatywnie.

No właśnie, teraz weszliśmy na jeszcze jeden poziom. Odbiór. To on decyduje. Dlatego raczej nie przeklinamy w obecności obcych osób. Bo odbiorą te sowa zgodnie ze swoim pojęciem. Nie znają nas, nie znają naszych motywacji, czy poglądów. A to kontekst osobisty buduje ciężar gatunkowy wulgaryzmu. Nie to jak ty rozumiesz to, co ja mówię, tylko to, co ja wkładam w wypowiadane słowa. Dlatego wulgaryzmy są tak wrażliwą kwestią. Bo musimy myśleć o odbiorcy. Podczas gdy wypowiadając „zwykłe” słowa, przeważnie mamy go w dupie.

Ja osobiście wychodzę z założenia, że odpowiadam za to, co mówię i jak. Nie odpowiadam za to, co ty z tym zrobisz. Dlatego głęboko w czarnej dupie ma to, czy poczujesz się urażony, obrażony, zniesmaczony czy jakkolwiek przyjdzie Ci do głowy się czuć. To Twoja sprawa. Dlatego wkurwia mnie jak dostaję komentarz w stylu – „uraziła mnie twoja opinia”. Co mnie to obchodzi? Połóż się w kącie pokoju, popłacz, weź żyletkę, czy co tam lubisz sobie robić jak się źle czujesz. Nie mój ból dupy. To ty masz problem z dystansem do opinii przeciwnych do twoich własnych; to ty masz problem z filtrem informacji, czytaniem ze zrozumieniem czy jeszcze czymś, co w Twojej głowie się dzieje. Ja pisze to, co pisze. Ty robisz z tym, co chcesz. To się nazywa wolność. Nie narzucam Ci interpretacji moich tekstów. To nie szkoła, a ja nie jestem panią Grażyną w opadających wiecznie okularach, która wymaga jedynie i wyłącznie programowej wykładni wiersza czy lektury. Wyluzuj i pomyśl. Albo spadaj. Masz wybór.


Dlatego dla mnie używanie przekleństw jest naturalne, zwykłe. Robię to i tylko w niektórych sytuacjach się powstrzymuję. Idę na mały kompromis. Zwłaszcza w pracy. Poza tym – jak mawia gimbaza – wyjebane. Masz z tym problem, możemy nie gadać. To ty jesteś miękką fają, która nie potrafi znieść kilku ostrych słów, wplecionych w gorliwy i szczery komunikat czy postawę. I jak jesteś pizdą, albo imbecylem, któremu mózg spłynął do dupy, to Ci to powiem. Możesz iść do sądu i się zbłaźnić, możesz popłakać. Mnie to tyle obejdzie, co recenzja najnowszych Gwiezdnych Wojen. Będę chciał to poczytam i obejrzę, nie będę chciał, to nie obejrzę i oleję całość. Na pewno nie pozwolę, żeby jakieś wypociny domorosłego krytyka sprawiły, że coś obejrzę, czy nie. Spróbujcie tak funkcjonować w kwestii poglądów, używanego słownictwa i całej reszty. Nie dajcie się manipulować autorytarnymi stwierdzeniami, że „kurwa”, „chuj”, „pizda”, to słowa brzydkie. Brzydkie to są gęby ludzi, którzy uprawiają językowy nazizm, mówiąc Wam, co i jak możecie mówić, a co „nie wypada”. Niech spierdalają!