czwartek, 5 stycznia 2017

Idzie wojna

To nie jest straszenie. To jest po prostu analiza rzeczywistości. Powodów, dla których to piszę jest kilka.

W Polsce i na zachodzie coraz częściej do głosu dochodzą prawicowe i radykalizujące się partie i organizacje. I to się działo już w przeszłości, więc nie powinniśmy się niepokoić. Prawda? Otóż nie. Bo dziś ulica zaczyna przemawiać kamieniem, kijem i butelkami z benzyną. Środowiska nacjonalistyczne, radykalne i ksenofobiczne dostają wsparcie rządów i stają się wizytówką ulicy. A to nie świadczy dobrze. Zwłaszcza w okolicznościach kryzysu emigracyjnego. Ostatnie wydarzenia w Polsce i to, co dzieje się w ich następstwie jest właśnie pokłosiem tych tendencji. Gloryfikacja zabitego dresa, wielokrotnie skazanego za rozboje i groźby, oraz fala nienawiści wobec obcokrajowców pokazuje, że jest poważny problem. Dlaczego to jest powód do niepokoju w kontekście ewentualnego konfliktu? Bo dla Rosji, Europa była przeciwwagą, balansem. A staje się powoli równią pochyłą, która spada w tym samym kierunku, co Rosja. I na to nie może sobie pozwolić nikt. Wbrew temu, co mówią, nie może być tak, że cały świat jest w tym samym miejscu politycznie i mentalnie. Powoduje to brak równowagi, alternatyw, który nieuchronni doprowadzi do zapaści. Dlatego ani Putin ani „władcy” zachodu, nie mogą pozwolić na utratę równowagi. I stąd zagrożenie. 

Sytuacja związana z obecnością
muzułmanów w Europie nie może być bagatelizowana. Zwłaszcza w kontekście wydarzeń, które pokazują, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Rosnąca i lojalna swojej ideologii religijnej wspólnota, może w obliczu radykalizacji wybuchnąć. I wtedy będzie za późno na rozmowy o integracji, o pokojowym rozwiązaniu spraw. Bomby będą wybuchać wszędzie, gdzie zbierze się więcej niż trzech „niewiernych” Może to apokaliptyczny scenariusz, ale jeśli na przykład w Polsce, z powodu incydentu, wypadku, atakowane są lokale prowadzone przez śniadych imigrantów, to za chwilę przestaną oni nożami kroić kebaby. A kilka telefonów do współwyznawców w Europie, może doprowadzić do niezłej zadymy. Zwłaszcza jak sytuacja nie zostanie opanowana. Bo żyjemy w Cebulandzie. Na zachodzie po atakach nikt nie podpala kebabów ani nie atakuje arabów. Oni to rozumieją. Rozumieją, że to prowadzi do eskalacji przemocy. Nasi „obrońcy polskości” tego nie kumają. I nie kumają, ze jak zadrą z islamistami, to przegrają wojnę na ulicach. Bo islamista nie ma nic do stracenia. Seba jednak martwi się o życie, zdrowie, rodzinę czy nowy dres i komórkę. Abdul z pasem szahida – nie. Ale do tego trzeba wiedzieć coś o islamie, a te mongoloidy nawet nie umieją pewnie czytać…

Ameryka przesuwa 4000 żołnierzy w rejon republik bałtyckich. W Polsce, Estonii, Litwie i Łotwie mają stacjonować wojska amerykańskie w ramach NATO. Przypomina to nieco zimną wojnę, która pożegnaliśmy z radością. Ten potworek wraca. Jeśli ktoś myśli, że te ruchy pozostaną bez odpowiedzi ze strony Rosji, to się grubo myli. Zwłaszcza, że nastroje są takie, że wszyscy (prawie) się z tego cieszą. Tylko nie zmieni to sytuacji na lepsze. Bo nawet te kilka tysięcy żołnierzy nie zmienia sytuacji faktycznej. Rosja może w kilka dni rozjechać wszystkie kraje bałtyckie. Tak czy inaczej będzie to atak na NATO, a jedyne, co zrobi obecność wojsk USA, to usankcjonuje publicznie interwencję USA w regionie. I to nawet nie w ramach NATO, bo zginą obywatele USA. A przy Trumpie, to będzie krótka piłka. Z resztą stacjonowanie wojsk amerykańskich w krajach sąsiadujących z Rosją, samo w sobie może być postrzegane, jako akt pasywnie agresywny. Dodatkowo UK wysyła batalion (800 żołnierzy) do Estonii, Kanada 450 do Łotwy i Niemcy 600 na Litwę. Tak NATO chce pokazać palec Rosji. Trochę tak jakby grozić wykałaczką barbarzyńcy z maczugą.

Czy te czynniki spowodują wojnę? Nie wiem. Zbyt wiele zmiennych, zbyt wiele niewiadomych. Tylko, że jeśli jeszcze nie zrozumieliście tego, to wiedzcie, że ta wojna już trwa. Jest na razie rozgrywana na innym poziomie, gdzie indziej, daleko od Twojego domu. Ale trwa. I kwestią czasu jest to, że zostaniemy w nią brutalnie wciągnięci. Fizycznie, bo politycznie jesteśmy w niej ujebani od dawna.