Do polskich kin wchodzi film Darrena Aronofsky’ego o tajemniczym tytule „Noe”. Opowiem Wam z grubsza, o czym ten film jest. Otóż jest sobie koleś, Noe. Ma 500 lat i stwierdza, że chce mieć dzieci. I produkuje trójkę. Potem, gdy ma 600 lat (jego synowie po około 100) objawia mu się Bóg. Ten Bóg jest wkurwiony na samego siebie, bo dał ciała, gdy tworzył świat. Wkurwia go, że ludzie się ruchają dla przyjemności, że są pedałami i nader wszystko, że go nie słuchają. No i ten wściekły Bóg mówi Noemu, że zabije wszystko, co żyje, oprócz niego i tego, co on uratuje. I że ma zbudować wielką łódkę, bo sposobem na zabicie wszystkich na ziemi będzie potop, i chuj. Z całego wachlarza możliwości, jakie ma wszechmocny i wszechmogący Bóg, jakoś tak sobie wymyślił, że zamiast po prostu pstryknięciem palców zakończyć istnienie, nacisnąć reset, wszystkich utopi. Ale, jest Bogiem, wolno mu wszystko. No i Noe zaczyna budować swoją łódkę według danych, jakie przekazał mu Boguś. Łódka jest zajebiaszcza, bo m...