„Pato-patrioci”
Od jakiegoś czasu w rozmowach z różnymi ludźmi podnoszę jeden temat. A właściwie coś, co mi się nasuwa, za każdym razem, gdy próbuje rozsądnie rozmawiać z tak zwanymi „patriotami”. I to nie tymi, którzy wiedzą, co to słowo oznacza, tylko tych, którzy to pojęcie wypaczają i wycierają sobie nim przebrzydłe, nacjonalistyczne ryje. I zawsze stawiam pytanie – czy naprawdę prawica umie rozmawiać jedynie językiem przemocy? Czy radykalizm prawicowy oznacza walenie w ryj, kopanie po twarzach wszystkich „nieprawdziwych Polaków” i ganianie się po ulicach? Bo wszystko rozumiem. Rozumiem, że można być tak upośledzonym umysłowo, że jedyną opcją akcji jest agresja. Wiem, że jak ktoś jest zaślepionym ideologicznie kretynem i to zaślepienie nie wynika z wiedzy tylko indoktrynacji, to żadna rozmowa nie ma sensu. Wiem, że jak ktoś bezkrytycznie akceptuje jakąkolwiek ideologię, nie stawia wobec niej pytań i nie kontestuje jej założeń, to nadaje się jedynie na mięso armatnie. Tylko, dlaczego cechuje to...