sobota, 28 września 2013

Pijakiem byłem, ale odwykłem

Pamiętam, że gdy piłem jeszcze alkohol, to prawdopodobnie mógłbym zostać oznaczony na tym zdjęciu. Nie piję już prawie 18 miesięcy i zaczynają do mnie docierać pewne rzeczy. Zwłaszcza w odniesieniu do wszystkich znajomych, którzy pozostali w objęciach alkoholowej czarodziejki. Oczywiście, dotyczy to także mojej przeszłości.

Co jest takiego w alkoholu, że wszyscy czekają na weekend, żeby się nałoić, najebać, zbetonować? Dlaczego, mimo tego, że ponosimy ogromne koszty picia, to nadal pijemy? Czemu tak ciężko jest rzucić kieliszek i odstawić na dobre chlanie? Myślę, że dojrzałem do tego, żeby zdiagnozować po swojemu ten niechlubny fenomen oraz pokrótce napisać jak to było ze mną. Dlaczego przestałem.

Będę pisał w rodzaju męskim, ale myślę, że podobnie jest z kobietami. Może nie wszystko się zgadza, ale wybaczcie, pisze o własnych odczuciach, a jestem facetem...

Znamiennym faktem jest, że spożycie alkoholu jest największe w społeczeństwach, w których nie żyje się najłatwiej. Ludzie pracują dużo, a nie mają wcale za wiele. Zasuwamy ciężko fizycznie albo cały tydzień zamknięci jesteśmy w małych pudełkach pomieszczeń biurowych. W obu przypadkach nie mamy zbyt wiele czasu lub siły, żeby w tygodniu jeszcze się realizować, spełniać swoje pasje czy w jakikolwiek sposób doświadczać tego, czym życie powinno być. Gdy przychodzi upragniony weekend nie szukamy straconego w tygodniu czasu. Szukamy odskoczni, restartu. To jest zrozumiałe.
Alkohol jest łatwo dostępny i nie jest dobrem luksusowym. Jak się sprężysz to możesz się załatwić za 20-30 złotych. Oczywiście, jak idziesz do knajpy, to musisz mieć przynajmniej trzy razy tyle, ale powinno to wystarczyć.

Słysząc "Idziemy się najebać" nie widzisz siebie w sobotę rano pod ławką w parku czy na izbie wytrzeźwień. Oczami wyobraźni widzisz dobrą zabawę, nowe znajomości, może przygodę seksualną z piękną nieznajomą. Już wtedy stajesz się pół-bogiem i nie zrezygnujesz z tego wyobrażenia. Nakręcasz się, wyobraźnia pracuje, plany i oczekiwania rosną. Gdy nadchodzi ten moment jesteś jeszcze niepewny, ale wiesz, że zrobisz wszystko, żeby tym razem było super. Wypijasz pierwsze szoty, albo browary i boskość w Tobie rośnie. Jesteś tytanem wśród maluczkich. Wszystko układa się dobrze. Humory dopisują, alkohol się leje. Coraz więcej ludzi wokół. Gdy czujesz się już o krok od bycia supermenem, zaczynasz realizować swój plan. Poznajesz ludzi, zaczepisz znajomych, atakujesz pierwsze dziewczyny (na razie delikatnie - badasz teren). Przecież to Ty jesteś centrum towarzystwa; to Ty musisz rozkręcić te imprezę. Na Tobie ciąży ta odpowiedzialność.
I impreza jest super, Ty jesteś bogiem, podobasz się kobietom, nikt do Ciebie nie fiknie - masz super-siłę i kumpli za swoimi plecami. Wtedy najczęściej następuje przesilenie. Wychylasz o jedno piwo lub o jedną pięćdziesiątkę wódki za dużo. Stajesz się nieśmiertelny i niebezpiecznie pijany. Oczywiście nie przyznasz się do bycia najebanym, bo wszyscy dookoła zawsze są bardziej najebani od Ciebie. Skoro oni są najebani bardziej, to Ty musisz być jeszcze OK. Następna wódeczka! Nagle wszystkie Twoje plany przestają się realizować. Nadal jesteś super silny, ale jakoś nie możesz ustać na nogach. Nie rozumiesz jak dziewczyny w ogóle mogą z pogardą i zniesmaczeniem patrzeć na takie ciacho jak Ty. Plany chuj strzelił. Zaczynasz odczuwać gniew. Ale przecież jest impreza, ma być zajebiście. Następna wódka! Ten koleś przy barze chyba jest trzeźwy i się na Ciebie gapi. Kumple Cie uspokajają. Nalejcie jeszcze! Zdajesz sobie sprawę, ze jesteś pijany w sztok. Już Ci wszystko jedno. Dajcie wódy!!!

Budzisz się rano. Być może u siebie w domu, wymemłany, w ubraniu ale nie jest najgorzej. Trafiłeś.
Może obudziłeś się gdzieś w parku, na trawce. Bez telefonu, portfela, jedyne co Ci zostało to wymięte dwadzieścia złotych w kieszeni spodni i paczka fajek.
Może budzisz się w czyimś domu, w samych majtkach i z bolącą głową zaczynasz szukać swoich rzeczy.
Albo obudził Cię pielęgniarz na izbie wytrzeźwień na kontrolę zawartości alkoholu we krwi...

W każdej z tych sytuacji w głowie masz zawsze jedną mantrę: "Pierdolę, więcej nie piję".

Do poniedziałku doprowadzasz się do porządku. Czujesz się znacznie lepiej i mantra słabnie. Około środy-czwartku, zajebany po pachy robotą, zaczynasz planować kolejny piątkowy wypad i obiecujesz sobie, że tym razem to będzie Bal., Panienki, zajebista zabawa i na bank się nie najebiesz tak jak ostatnio...Nadchodzi piątek i słyszysz "Idziemy się najebać". Zaczynasz planować, jak to znowu osiągniesz wszystko...

Z powyższym scenariuszem zapewne wiele osób się utożsami, ale mało kto przyzna się do tego. Przecież alkohol pomaga przezwyciężać trudności, pomaga zawiązywać nowe znajomości, powoduje, że jesteśmy pewniejsi siebie i w ogóle jest zajebisty. Więc przestań pieprzyć.

Alkohol ma tę właściwość, że rozluźnia nasze ograniczenia, ale tylko złudnie, powierzchownie. Jak pijesz z kumplami to stajecie się braćmi, rodziną. Jest jednak moment, w którym pojawia się agresja (gdy plany zaczynają brać w łeb) i wtedy braterstwo wódczane szybko może zniknąć.

Dzięki alkoholowi poznajemy nowych ludzi. Na chwilę, tak. Przyznaj się szczerze przed sobą, z iloma osobami, które poznałeś przez swoje alkoholowe wojaże masz kontakt. Z iloma z nich poznawałeś się po raz kolejny, na trzeźwo, albo znowu pod wpływem?

Alkohol pomaga poradzić sobie z problemami. Przez kilka godzin o nich nie myślisz, nie przejmujesz się. Potem wracają i bardzo prawdopodobne, że przez swoje pijackie wybryki kilka mniejszych lub większych problemów sobie dołożyłeś do tego bagażu.

O pieniądzach i zdrowiu nawet nie będę pisał.

Dlaczego więc wracamy do picia? Bo nie mamy alternatywy. Brak czasu, brak sił, powodują, że nie ma wyboru.
Jest jeszcze jedna ważna przyczyna.
Społeczeństwo konsumpcyjne wpoiło nam klątwę spożywania i konsumowania wszystkiego; nauczyło nas pośpiechu i ulotności dóbr. Wszystko ma termin ważności i okres gwarancyjny. Jak coś masz to musisz to wyeksploatować na maksa, bo się zepsuje albo stracisz na tym. Tak postępujemy z alkoholem. Pijemy póki jest okazja, póki są pieniądze, póki mamy z kim...chociaż to ostatnie nie zawsze jest ważne. W Polsce do wódki zawsze znajdziesz kompana.
Dochodzi jeszcze intelektualne lenistwo i wbite nam do głów przekonanie, że nasze marzenia nie są ważne, nasze osobowości i talenty to przeżytek i się do niczego nie przydają. Więc je zabijamy zalewając szare komórki gorzałą. Nie pozwalając sobie na poznanie siebie, rozwinięcie swoich pasji i osobowości.

Alkohol w moim życiu pojawił się bardzo wcześnie, już w podstawówce, i towarzyszył mi przez dwadzieścia lat. Mogę otwarcie powiedzieć, że jestem alkoholikiem. W ostatnich etapach picia miałem fazy, że dopóki mogłem to piłem, do upadłego.
Jak to zrobiłem, że po prostu z dnia na dzień postanowiłem, że więcej się nie napiję i to działa?

Żadne AA i 12 kroków. Żadna choroba czy depresja.

W moim przypadku wystarczyła moja głowa, ale jak ktoś chce może skorzystać z kartki.

Po jednej stronie postawiłem co zyskuję i tracę przez alkohol. Na drugiej stronie postawiłem "Brak alkoholu". Zacząłem przenosić rzeczy z jednej strony na drugą. Straty zamieniając w zyski.
To pierwszy krok.
Później zastanowiłem się, czy to, co zyskuje dzięki alkoholowi jestem w stanie osiągnąć bez niego. Wyszło, że będzie to pracochłonne ale TAK!
Na końcu dostawiłem do tego, co mogę zrobić z zasobami (czasem i pieniędzmi), które zaoszczędzę na nie piciu. Wyszło mi, że więcej niż bym potrzebował czy chciał.
Mając to przed oczami, powiedziałem - nie piję, nie kalkuluje się!
Wbiłem to sobie do głowy i przez ostatnie 18 miesięcy życia, zrobiłem dla siebie więcej niż przez poprzednie 5 lat.


Teraz z perspektywy czasu, widzę to wszystko jak doświadczenie, bez którego nie byłbym tym kim jestem dziś. Nie żałuję i przestałem się tego wstydzić. Bardzo cenię sobie przyjaźnie zawiązane przy kieliszku, mimo tego, że ten kieliszek już między nami nie stanie już nigdy. Jest mi trochę przykro, że przez to część znajomych, nie traktuje mnie tak samo jak wcześniej, ale jestem w stanie zapłacić tę cenę. Zwłaszcza, że w moim odczuciu, to nie ja ponoszę koszty takiego nastawienia.

Tak ja to widzę i tak sobie poradziłem gdy dotarło do mnie, że mam problem.
Widzę, że ten problem ma duża część naszego społeczeństwa.

Tylko, że picie dla wielu stało się normą. Piątkowe najebki to rytuały ważniejsze niż poranne mycie zębów. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że tysiące, miliony Polaków przyjęło ten schemat funkcjonowania i nikt nie widzi w tym nic złego. Ba! Społeczeństwo zaakceptowało ten stan rzeczy jako wentyl bezpieczeństwa. Ludzie są wkurwieni na niskie zarobki, służbę zdrowia, sytuację w kraju...ale tylko kilka dni w tygodniu. W weekend są najebani, albo leczą kaca i nie myślą o tym. Akceptując ten stan rzeczy, mordując swój wolny czas, zabijamy w sobie coś bardzo ważnego, jedną z emocji, która prowadziła nie raz do rewolucji. Copiątkowy reset to wyłączanie na kilka godzin przegrzanego komputera. Od poniedziałku lemingi chodzą jak w zegarku bo boją się, że mają jeszcze kaca, alko we krwi i wylecą z roboty...a w piątek kolejny reset i tak na okrągło.

Kto by nie chciał, żeby jego podwładni sami sobie wypracowali odmóżdżający rytuał powodujący apatię i ogólne "mam to w dupie". Jeśli byłbym tyranem w kraju jak Polska, to dotowałby alkohol w weekend. Ku chwale ojczyzny!

Nikogo nie namawiam do rzucenia picia.
Nie moralizuję i nie chcę nikomu mówić jak ma żyć.
Proponuję alternatywne spojrzenie na problem, oparte na własnym doświadczeniu i spostrzeżeniach.
Co z tym zrobicie to Wasza sprawa.