sobota, 26 października 2013

Cmentarna szopka



Wróciłem właśnie z cmentarza. Dwa czynniki złożyły się na to, że w ogóle tam poszedłem. Po pierwsze - mam blisko; po drugie - poprosiła mnie o to babcia.

Oczywiście co można robić idąc cmentarzem? Czytałem nagrobki, oglądałem pomniki i przyglądałem się ludziom. Mam taką niezbyt popularną cechę charakteru i nawyk. Jak coś widzę, to zastanawiam się nad tym, chcę z tego, co widzę wyciągnąć, wydusić refleksję. Jeszcze gorsze jest to, że później chce się tym dzielić. Taki jestem trudny...

To do dzieła!

Cmentarz w okolicach święta zmarłych zamienia się w bazar połączony z festynem. Setki handlarzy, grajków i żebraków ściągają z całego miasta/kraju, żeby wyciągnąć od sentymentalnie nastawionego motłochu ciężko zarobione złotówki. Bo na cmentarzach ludzie staja się sentymentalni. Co z tego, że przez cały rok mają w dupie groby i pamięć o zmarłych. Pierwszego listopada wszyscy łączą się w zadumie nad ścierwem zakopanym w ziemi.

Nie przesadzę gdy powiem, że 3/4 grobów to kupy gruzu odwiedzane raz w roku, albo rzadziej. I dobrze!
Pomijając już kwestie, że przez godzinną wizytę na cmentarzu, poza małymi dziećmi, na palcach jednej reki mógłbym naliczyć osoby w moim wieku lub młodsze (ale w wieku świadomym). Oczywiście przymuszeni przez rodziców i dziadków przypierdolą z buta w piątek. "Bo tak wypada. Nie dyskutuj" - usłyszą. Przywdzieją niedzielne, wyprasowane ubranko i posuną za konduktem w stronę parku sztywnych.
Będą słuchać opowieści o przodkach, wujkach i ciotkach, których nigdy nie poznali i tak naprawdę chuj ich obchodzą. Po wszystkim, styrani i wymemłani przez wymuszone wspomnienia, pójdą się najebać z towarzyszami niedoli, czyli wszystkimi swoimi kumplami.

Ja osobiście nie kumam tego pociągu do grobów i pomników pośmiertnych. Zwłaszcza jak za życia, ni chuja nic nie zrobiłeś. Byłeś zwykłym, pierdolonym przeciętniakiem. Raptem walnąłeś w kalendarz i rodzina wystawia Ci pomnik na cmentarzu. Pewnie gdyby tego nie zrobili, to po roku albo dwóch zapomnieliby o tobie. I dobrze, bo sam jesteś sobie winny. Zjebałeś swoje życie na bezsensownych gównach i rodzina to wie. Dlatego mówią - "No dobra, niech ma chociaż kawałek pomnika ze swoim imieniem. Nie był aż takim zerem".

Ja nie chce grobu ani pomnika. Nie wierzę w życie pozagrobowe i w dupie mam czy ktoś będzie przychodził i obsrywał mój grób kwiatami i stopionym woskiem. Jedyne, co może nam zagwarantować nieśmiertelność, to to, co zrobimy za życia. Wiecie kto jest nieśmiertelny? Dante jest nieśmiertelny; Mickiewicz jest nieśmiertelny; Jim Morrison pozostanie wiecznie żywy; Dimebag Darell ze swoimi riffami będzie żył w naszej świadomości jeszcze bardzo długo! Ci ludzie za życia dokonali czegoś, coś osiągnęli i dlatego żyją. Żyją w swojej twórczości, a przez to w naszej pamięci, kulturze i sztuce.

Cmentarze trzeba zaorać, przekopać i porobić parki, wesołe miasteczka. Zasadzić zboże (ziemia jest wyjątkowo dobrze nawożona) albo postawić kompleksy kulturalne z muzeami, teatrami i kinami. To byłby prawdziwy hołd dla tych, którzy zrobili coś dla żywych. Reszta niech idzie w zapomnienie, bo nie są warci pamięci. Jak chcesz pamiętać i odprawiać religijne gusła w trosce o swoich bliskich zmarłych, to wystaw sobie ołtarzyk w domu z urną z prochami i zdjęciem, zapal kadzidełko albo świeczkę.

Cmentarze powodują lenistwo. Nie każdy, a tak po prawdzie to prawie nikt, nie zasługuje na pomnik pośmiertny. Zastanów się, czy Ty zrobiłeś coś w swoim życiu, żeby zasłużyć na pomnik? Nie bądź skromny tylko szczery. Pewnie nie zasłużyłeś. Co robisz, żeby zasłużyć? Pewnie wielkie nic. Mam więc dobrą radę, z którą możesz zrobić co chcesz: Zrób coś ze swoim życiem. Zrób coś, co pozwoli Ci pozostać nieśmiertelnym w pamięci nie tylko bliskich, ale obcych ludzi. To jest prawdziwy pomnik i o to warto walczyć. Groby zmurszeją, zapadną się i zarosną trawą. Jak pokażesz wszystkim dookoła jak wyjątkowy jestes (BO JESTEŚ!), to będą pamiętać. Choćby za tysiąc lat!

Zostań wiecznym wspomnieniem, nie ścierwem pod zapomnianym pomnikiem.