wtorek, 19 listopada 2013

Moje uniwersum

Nic. Podobno od tego się zaczęło i do tego dążymy. Nie tylko, jako jednostki, ale jako cały układ. Jedno kichnięcie 13,8 miliarda lat temu i oto jesteśmy. Nie wiemy jak to się stało. Cały czas to badamy i to jest w tym najbardziej fascynujące.

Nie będę się tutaj bawił w wyliczanie teorii na Wielki Wybuch, bo to nie jest książka popularno-naukowa. Muszę jednak napisać o jednej, która mi się najbardziej podoba.

Jeśli nieznane Wam jest pojęcie antymaterii, to po krótce napiszę, o co chodzi. Antymateria, to Ty i ja oraz wszystko, co nas otacza, tylko o odwróconych wartościach. 

Nie możesz jednak przybić piątki z odwróconym sobą. Jak to zrobisz…pyk…i Cię nie ma. Żeby napisać jak najprościej: +1 i -1 dają zero.

Zatem teoria, która mi się podoba mówi o tym, że nie było nic. Cała przestrzeń i czas skupiona w jednym punktowym ‘niczym’. Coś gruchnęło, bo natura nie lubi stagnacji i z niczego powstała materia i antymateria. Jako, że wybuch musiał być dość potężny, to rozdzielił te niszczące się wzajemnie czynniki. Potem wszechświat zaczął się formować, rozszerzać i zaczął się czas, w którym teraz żyjemy.

Naukowcy cały czas szukają dowodów na to, że antymateria istnieje. Jest to bardzo trudne i jest wiele naukowych danych na temat tych trudności. Ja mam swoją hipotezę, dlaczego nie widzimy antymaterii i nie możemy jej zaobserwować. Otóż podczas zderzenia materii z jej „anty siostrą” następuje ich wzajemna anihilacja, zniszczenie. W to miejsce powstaje NIC. Żadnej energii, wybuchu…nic. Zamknę Cię w pokoju bez okien i zgaszę światło. Co widzisz? Nic. Opisz to! No właśnie…

Nie twierdzę, że to teoria naukowa. To po prostu pomysł.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? 

Powodem jest wszechogarniająca pycha. 

Wszechświat ma średnicę około 90 miliardów lat świetlnych , niezliczona ilość galaktyk, gwiazd i planet. Materia, z której jesteśmy złożeni, szacunkowo wynosi jedynie niecały 5% masy wszechświata . Oznacza to tyle, że suma masy wszystkich planet, gwiazd, obiektów, satelitów, Twojego komputera plus sto kilo mojej skromnej osoby, to niewiele więcej niż błąd statystyczny.

Jakoś w tym wszystkich człowiek czuje, że jest wyjątkowy. Dla mnie ogrom wszechświata i fakt, jak niewiele o nim wiemy, powoduje, że mocniej stąpam po ziemi. Czuję się wyjątkowy i szczęśliwy, że istnieję. Mając jednak w tyle głowy zagadkę wszechświata nigdy, odkąd spojrzałem na siebie przez pryzmat tego, co już wiemy, nie czułem pychy. Tego specyficznego rodzaju pychy, który charakteryzuje ludzi o religijnej proweniencji. Wyjątkowy – tak. Każdy z nas jest wyjątkowy. Szczęśliwy – pewnie! Mamy diabelnie dużo szczęścia, że istniejemy. Pyszny – daleko od tego. 

Jesteśmy diabelnie mali w relacji do wszechświata, żeby myśleć, że zajmujemy jakieś wyjątkowe miejsce i że wszechświat w ogóle uważa nas za wartych uwagi. Nie piszę tutaj o tym, że uniwersum ma świadomość. Chodzi jedynie o to, że jesteśmy, co najwyżej odpryskiem, wybrykiem natury i naszego zniknięcia nikt poza nami nie zauważy. Istnienie wszechświata nigdy nie było i nie będzie zależne od tego czy ludzkość chodzi po ziemi.

Zdanie sobie z tego sprawy i przywoływanie od czasu do czasu tej relacji, pozwala mi na spokojne i trzeźwe spojrzenie na tu i teraz. To, kim jestem dziś i kim będę jutro ma znaczenie tylko dla mnie i to dla siebie powinienem się rozwijać i pielęgnować swoje talenty . Może komuś się to wyda egoistyczne, ale jeśli spojrzycie na to szerzej, to czasem zbyt dużo uwagi przywiązujemy do tego jak nas postrzegają inni. To w większości niezbyt przyjazne spojrzenie. Częściej nas to hamuje niż pcha do działania. Żeby poczuć się wielkim, trzeba najpierw zdać sobie sprawę jak małym się jest. Próba ujęcia wszechświata w relacji do własnego ja bardzo w tym pomaga.

Zakładając, że wiesz gdzie chcesz iść, w jakim kierunku chcesz poprowadzić swoje życie, dobrze jest mieć punkt wyjścia. Moim punktem wyjścia jest fakt, że zawsze jest coś, dla czego nie znaczę nic i muszę naprawdę starać się zmienić siebie, ciężko pracować i rozwijać się, jeśli chcę dojść do momentu, gdy stanę się ważny dla kogokolwiek. 

Chociażby na chwilę, ale naprawdę ważny.