czwartek, 14 listopada 2013

SHORT: "Sklep z winami"

„Firmę założyłem cztery lata temu. Dokładnie w maju. Uznałem, że wakacje to dobry moment, żeby rozpoznać rynek, a aktywna działalność gospodarcza dawała więcej możliwości. Ponadto było to chwilę po tym, jak nasz rząd w końcu zalegalizował prostytucję i narkotyki. Nie chciałem wchodzić w ten obszar biznesowy, ale ta legalizacja bardzo pomogła w moich planach. 

Planowałem sprzedawać uczucia. Emocje.

Założenia były proste. Przychodzi klient i chce przez określony czas poczuć coś. Cokolwiek. Szczęście, lub to jak to jest być znanym i bogatym. Nie ma problemu. Spisywałem, co sobie życzy, badałem czy da się to zrobić i jakie koszty będę musiał ponieść, żeby to zrealizować, sporządzałem umowę i zapraszałem klienta. Wpłacał zaliczkę, podpisywał kwity, umawialiśmy się na termin i do dzieła. Na początku szło marnie, jak to w nowym biznesie. 

Przez pierwsze dwa miesiące miałem trzy realizacje. Wystarczyło, żeby utrzymać się na powierzchni. Skończyły się wakacje. To, co do tej pory przynosiło efekty jedynie wirtualnie, na portalach społecznościowych, forach i serwisach, zaczęło powoli przekładać się na mój biznes. Posypały się zamówienia. Sam nie dawałem rady nawet, żeby spotkać się wszystkimi chętnymi. Poprosiłem, zatem znajomych żeby pomogli. To był strzał w dziesiątkę. Umowy o dzieło, niezła kasa i wszystko chodziło jak w zegarku. Ja umawiałem się z klientami i spisywałem wymagania. Zatrudnieni znajomi organizowali resztę. Mieli procent od mojego zarobku, który w dużej mierze zależał od zadowolenia klienta, więc się bardzo starali. Przez następne pół roku miałem trzydzieści realizacji za sobą i około pięćdziesięciu klientów w kolejce.

Nadszedł czas, żeby się rozwinąć. Miałem pieniądze, bazę klientów i sprawdzonych ludzi. Przekazałem pierwotne biuro i oczekujących klientów dobremu kumplowi do prowadzenia i otworzyłem drugie. Zatrudniłem kolejną grupę ludzi i na drugim biurze rozpocząłem równolegle realizować nowe zamówienia.
Po miesiącu pracy na dwóch biurach zdarzyło się coś, co przeniosło moją działalność na inny poziom, ale jest też powodem, dlaczego to wszystko przekazuję.

Pojawił się klient. Zaoferował 10 tysięcy złotych za samo rozważenie jego oferty. Oczywiście się zgodziłem, odwołałem wszystkie spotkania i usiedliśmy do rozmowy. Chciał poczuć się winnym morderstwa. Miał wszystko, przeżył wszystko, jego życie było dobre i pełne szczęścia. I powiedział, że już tym rzyga. Pieniądze nie grają roli, ma tylko nie wiedzieć że to nasza robota i ma się to wydarzyć w ciągu następnego roku. Powiedziałem, że to przemyślę. Nie przyjąłem pieniędzy, które oferował. Znalazłem je tego samego wieczoru w skrzynce na listy w budynku mojego biura. Mam je do dziś, bo nie chciał ich przyjąć.
Pamiętam, że z kolegą, który był moim wspólnikiem, przez dwa dni zastanawialiśmy się jak to zrobić i czy w ogóle chcemy to zrobić. Postanowiłem jeszcze raz się spotkać z klientem i wtedy podjąć decyzję.
Ostatecznie przyjąłem jego ofertę. Wszystkie pozostałe zamówienia przekazałem do drugiego biura i skupiłem się na tym zleceniu. Klient wręczył mi przedpłaconą kartę bankowa na pokrycie kosztów. Nie wiem ile było tam pieniędzy. Wiem, że nie było limitu wypłat. Wynająłem prywatnego detektywa, który miał opracować dokładny plan dnia klienta. Ze wszystkimi detalami. Zatrudniłem hackera. Chciałem mieć dostęp do jego profili, maili, historii przeglądarki, telefonu itd. Naturalnie nie po to, żeby manipulować jego danymi, ale żeby obserwować. Wyraził na to zgodę podpisując umowę. Nie mógł jednak o tym wiedzieć. Dlatego takie środki.

Obserwowaliśmy go przez dwa miesiące i wymyśliliśmy plan jak to zrobić. Wynająłem hotel, aktorów i wszystko, co było konieczne do realizacji planu. Realizacja trwała półtora tygodnia i pod koniec tego okresu doszło do zainscenizowanego morderstwa. Oczywiście klient finalnie dowiedział się, że to nasze dzieło i był bardzo zadowolony. Na tyle, że po tej akcji stać mnie było na kupno własnego mieszkania na biuro i zatrudnieniu zespołu ludzi, którzy wyręczali mnie praktycznie we wszystkim. Za przyzwoite wypłaty. Interes kręcił się znakomicie.

Wtedy pojawiła się pierwsza konkurencja. Nie mieśmy wyłączności na nasze usługi, bo to niemożliwe. O dziwo konkurencja tylko wzmocniła mój biznes. Ich usługi były słabej jakości, nie miały gwarancji i zawsze brali zaliczki. Ja już nie musiałem brać pieniędzy od klienta przed realizacją.
 
Miała miejsce jeszcze jedna zmiana. 

Coraz więcej klientów przychodziło po negatywne emocje.

Było ich w pewnym momencie około połowy wszystkich zamówień. Postanowiłem, więc założyć drugą firmę i wyspecjalizować ją tylko w negatywach, zostawiając pierwotną po pozytywnej stronie. To miało znacznie uprościć zarządzanie realizacjami zamówień.

W pierwszej firmie zaczęliśmy świadczyć usługi dla osób trzecich. Można było zamówić realizację dla przyjaciela na urodziny, na dowolną okazję. Konkurencja od razu to podchwyciła i powstawały nawet firmy, które zajmowały się tylko takimi zamówieniami. Nam to nie przeszkadzało, bo za każdym razem, gdy oni spaprali robotę, to klienci przychodzili do nas. Jak pojawiał się krytyczny artykuł to nas wskazywano, jako przeciwwaga dla partaczy. Darmowa reklama, która nam pasowała.

W pierwotnym planie nigdy nie mieliśmy świadczyć usług negatywnych dla osób trzecich. To nie byłoby w porządku. Inni nie mieli takich oporów. Pojawiły się pierwsze oskarżenia firm z naszej branży, pierwsze wyroki skazujące, grzywny i zakazy sądowe. Atmosfera zaczęła się psuć i my także tego doświadczaliśmy. Nie spadła nam ilość zamówień, ale nie przybywało nowych. Przede wszystkim, dlatego, że nie chcieliśmy robić negatywów dla osób trzecich. Zwłaszcza po tym jak pojawiły się przypadki samobójstw, pobić i zaginięć związanych z firmami z branży.

Media huczały od analiz i badań o tym, że moja branża odczula ludzi, że ludzie tracą poczucie rzeczywistości, bo nie wiedzą czy przypadkiem ktoś nie wykupił na nich nieszczęścia; lekceważą niebezpieczeństwa i tracą naturalne instynkty chroniące przed sytuacjami niebezpiecznymi. Oczywiście o nas pisano, jako o pionierach rynku. Sprzedaż nie spadała…

Wtedy, czyli około dwóch miesięcy temu zdarzyło się to, co sprowadza mnie do tych zwierzeń. Zamordowano w biurze mojego wspólnika. Sprawcy nie znaleziono do tej pory, a na pewno nikomu nic nie udowodniono. Najbliżsi współpracownicy zmarłego mówili, że od jakiegoś czasu handlował negatywami dla osób trzecich kamuflując to w dokumentach i wynajmując podwykonawców. Pod szyldem mojej firmy. Nie znalazłem na to dowodów.

Teraz podobno rząd ma zakazać dystrybucji negatywnych emocji za pieniądze…ciekawe jak to pogodzi ze swoimi praktykami dostarczania tego za pieniądze z podatków…”

„Bardzo proszę oskarżonego o powstrzymanie się od wygłaszania własnych sądów i opinii. Od tego jest Wysoki Sąd.”

„Przepraszam Wysokiego Sądu. To się więcej nie powtórzy.”


(…)