poniedziałek, 30 grudnia 2013

Oswajanie samotności

Dość długo zastanawiałem sie o czym dziś napisać, żeby nie zawieść moich czytelników. Mam mnóstwo pomysłów tylko czasem problemem jest nie to o czym napisać, czy to jak to zrobić.

Postanowiłem jednak napisać o czymś, co w ostatnim czasie jest mi dość bliskie. Czasem sobie chwalę ten stan, czasem brakuje bardzo niewiele, żeby trafił mnie szlag.

Jeśli jeszcze nie wpadliście o czym chcę pisać, to od razu się tłumaczę. Chodzi o samotność.
Nie w sensie, że siedzę sam w domu i do nikogo się nie odzywam, albo nie mam z kim wyjść na soczek czy koncert. Z tym nie ma problemu. Poza tym to nie leczy samotności. Ale po kolei.

Od razu zaznaczę, że to moje spojrzenie na temat. Nie musicie sie z nim zgadzać, nie musicie go w takim stopniu jak ja racjonalizować. Mi takie podejście bardzo pomaga i stawia mnie na nogi szybciej niż inne. A paru próbowałem :)

Samotność dla mnie to nie jest stan, który przychodzi i odchodzi. To stan, który jest nam potrzebny na wielu etapach życia i powinniśmy go oswoić. Jeżeli przyjmiemy zmianę w naszym życiu jako jego silę napędową, to samotność jest jego nieodzowną częścią. Musimy czasem go wymuszać, żeby zmiany mogły nastąpić. Nie wszystko się da zrobić z kimś; jest wiele rzeczy, które niezależnie od wszystkiego musimy zrobić sami, w samotności.

Czym zatem jest samotność? To taki specyficzny stan, gdy nie mamy nikogo komu w pełni i w 100% ufamy, wierzymy i kto jest naszym powiernikiem. Nie ważne czy mówimy o przyjacielu, kumpeli czy partnerze. Może nas otaczać milion ludzi, znajomych, kumpli, współpracowników, ale jeśli wśród nich nie ma osoby przed którą nie musimy udawać, chować żadnej części siebie, to jesteśmy samotni. Bo wszyscy coś chowamy tylko dla siebie i bardzo niechętnie to pokazujemy. Kwestia tylko tego czy nie pokazujemy bo nie chcemy, czy nie mamy komu?

Rozróżniam dwa typy tego stanu:

Samotność intencjonalną
Wtedy sam dokonuję wyboru. Zamykam się emocjonalnie i fizycznie sam w sobie. Nie chcę i nie potrzebuję wtedy żadnego wsparcia czy nachalnych przyjaciół, którzy będą nade mną biadolić i gadać jakieś dziwne rzeczy. Że nie powinienem być sam, że lepiej się przechodzi pewne sprawy wspólnie, z kimś. Otóż zawsze pamiętajcie - nie wszystkie i nie wszyscy.
Weźmy prosty przykład. Chcę rzucić palenie. Ustawiam sobie prosty, matematyczny schemat stopniowego ograniczenia palenia, który w ciągu 20 dni powinien pozwolić mi całkowicie pozbyć się nałogu, albo przynajmniej nawyku. Opiera się on na stałym i jednolitym zaczynaniu i kończeniu dnia, bez odstępstw i wyjątków. W takiej sytuacji jakiekolwiek spotkanie towarzyskie, zwłaszcza jeśli znajomi palą, nie jest wskazane. A jak znajomi potrafią czasem przynudzać...tym bardziej. Zatem dokonuje świadomego wyboru - chcę być sam, ba, muszę być sam, bo inaczej nic z tego.
W takich sytuacjach nie chcę powiernika, nie chcę nikomu się zwierzać i na pewno nie potrzebuje wsparcia.

Drugim typem samotności jest...

Samotność wypadkowa
Nie w sensie wypadku, ale można też tak ją odnieść. Chodzi o taką samotność, która wynika nie tyle z decyzji, co z czynników zewnętrznych. Po prostu w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy samotni. O ile w pierwszym typie, po prostu podejmujemy decyzję o tym, że wracamy do bycia wspólnie, poza ciasnym kręgiem samego siebie, to wyjście z drugiego typu samotności wymaga pracy i poświęcenia.


Bardzo często jest tak, że chcemy przez jakiś czas być sami sobie, intencjonalnie samotni. Jak mamy pecha, albo zrobiliśmy to nieumiejętnie, to gładko i bardzo boleśnie odczujemy powrót do wspólnoty. Bo może się okazać, że z intencjonalnego samotnika staliśmy się wypadkowym. Sam kilka razy to przeżyłem i nie jest to fajne. To uczucie gdy z poziomu samoświadomości o własnej sile, którą zbudowaliście i na jej zbudowanie potrzebny Wam był czas w samotności, okazuje się, że straciliście przyjaciół, bo Wasze wyłączenie było złe, niewłaściwie przeprowadzone.

Nie będę Wam dawał rad jak sobie radzić z wypadkową samotnością, bo to jest bardzo indywidualna sprawa. Każdy potrzebuje czegoś innego. Czasem jest tak, że oswoisz samotność tak bardzo, że stanie się Twoim głównym stanem. To też jest OK, jeśli Tobie to pasuje.

Mogę jedynie powiedzieć jak ja przeprowadzam planowe wyłączenie do samotności, które przeważnie kończy się bezbolesnym, a czasem wręcz radosnym powrotem do bycia z kimś.
Zamknę to w kilku punktach:

1. Nie odcinaj się. Masz wyłączyć dzielenie się sobą, nie kontakty z ludźmi i zwykłe życie. Samotność to nie siedzenie samemu w piwnicy.
2. Opowiedz się. Jeśli masz powiernika, przyjaciela, powiedz mu o tym, że potrzebujesz kilku dni/tygodni samotności, że możesz i będziesz przez ten okres być niedostępny emocjonalnie. Jeśli to partner, to wymaga to bardzo dużej dozy subtelności i rozwagi, bo możesz niechcący zakończyć w ten sposób związek.
3. Pomagaj, udzielaj się. Reaguj na to co się dzieje u Twoich znajomych. Jeśli potrzebują wsparcia to go udziel, jeśli potrzebują pomocy - pomagaj.
4. Publiczny status to Twój wróg. Za żadne skarby nie dziel się z innymi tym co przechodzisz i wiesz, że musisz przejść sam. Zwłaszcza w sieci. Każda wzmianka o tym, że chcesz coś osiągnąć i dlatego się odciąłeś może przysporzyć Ci nieco wsparcia, ale w większości przypadków ludzie Cię ztrolluja, albo tak zachłyśniesz się poklepywaniami po ramieniu, że uznasz iż wszystko się dzięki temu samo zrobi. Nie zrobi się!
5. Wyznacz jasny termin. Nic tak nie mobilizuje jak deadline. Wyznacz sobie termin. Sztywny, niezmienny. Jeśli nie uda Ci się osiągnąć wszystkiego, to zrobisz to jeszcze raz, lepiej i mądrzej. Ale nie przedłużaj tego. Nigdy. Bo wpadniesz w pętlę, która Cię udusi. Mija termin, wracasz do ludzi!

Pamiętajcie, że samotność to nie płaska tafla odcinająca nas od innych. Ona jest wielowymiarowa. W jednych płaszczyznach może być cieniutka lub może jej nie być; w innych może być gruba niczym szkło pancerne. Im bardziej po segmentowane masz podejście do rzeczywistości, tym tych płaszczyzn będzie więcej. No i więcej pracy i czasu wymaga zachowanie ich we właściwych dla Ciebie grubościach.
Na przykład jeśli emocjonalnie powierzasz siebie przyjaciółce, a seksualnie partnerowi, to żeby wejść w i wrócić z intencjonalnej samotności musisz w to włożyć dwa razy więcej pracy. Zwłaszcza w powrót.

To są podstawowe zasady jakimi kieruję się gdy chcę w samotności dokonać czegoś, przejść zmianę lub po prostu pobyć sam na sam ze sobą.

Dlaczego napisałem, że jest mi to bliskie? Bo obecnie przynajmniej w kilku płaszczyznach odczuwam samotność. Nie intencjonalną, tylko właśnie tę drugą, wypadkową. I mimo działań jakie podejmuję w kierunku zatkania tych dziur, to jeszcze nie znalazłem na nie plastra...może niebawem o tym napiszę.

Jeśli komuś to pomoże to super, jeśli nie to mam chociaż nadzieję, że spowoduje pewną refleksję lub chociaż było to dla Was ciekawe.

Pamiętajcie też, że możecie mnie pytać o wszystko. Nie pozjadałem wszystkich rozumów ale chętnie się uczę, a Wasze pytania do tej pory pozwoliły mi już co nieco dotknąć nowych obszarów :)


Czekam na propozycje i pytania od Was. 

Co zrobić, żebym napisał coś na temat, który Was interesuje znajdziecie TUTAJ.