niedziela, 5 stycznia 2014

Korpo-patologia

Podczas swojej kariery zawodowej imałem się różnych zajęć. Pracowałem w hurtowni, jako ochroniarz, trochę kombinowałem nie do końca legalnie. Ale to przeszłość.
Od prawie sześciu lat pracuję w korporacji. Nie będę pisał w jakiej, Ci którzy mnie znają wiedzą. Z resztą nie kryje się z tym i każdy może to sprawdzić na moim Facebooku.
Pracuję z bardzo różnymi ludźmi. Są wśród nich tytani pracy, są lenie i lebiegi. Chciałbym jednak skupić się na dość specyficznym typie korporacyjnego trybika. Nie wiem czy są oni równie niezbędni w dużych firmach co powszechni.

Mam na myśli wszystkiego rodzaju specjalistów, ekspertów i managerów z tak zwanego wykształcenia.

Specjaliści specjalnej troski

Ten typ jest chyba najpowszechniejszy. To specjaliści, którzy nie wiedzą nic, albo prawie nic. I ja bym to
zrozumiał, bo przecież nie każdy jest i musi być orłem. Ale ich niechęć do absorpcji informacji chyba przewyższa ich niechęć do samodzielnego wykonywania jakiejkolwiek pracy.
Nie wiem czy to jedynie kwestia nazewnictwa, korporacyjnej nomenklatury, ale jak nazwa wskazuje, Specjalista powinien wiedzieć wszystko o procesie lub zakresie w którym pracuje, działa. Tymczasem często ich wiedza ogranicza się do pozorowania wiedzy w każdym zakresie, poza swoim własnym.
Oczywiście mają setki szkoleń za sobą, dziesiątki projektów w których brali udział i tysiące spraw na godzinę do załatwienia. Tylko, że jak się temu wszystkiemu człowiek przyjrzy, to szkolenia są raczej wewnętrznymi 'wykładami' zapychającymi budżety jednostek, w projektach to brali udział, ale raczej na papierze niż w rzeczywistym gromadzeniu wymagań czy analizie biznesowej, a zapchana skrzynka pocztowa to pokłosie dwóch ostatnich miesięcy, nie ostatnich dwóch dni.
Często jak mam pójść lub zadzwonić do takiego specjalisty w jakiejkolwiek sprawie, to szczerze, wolę poświęcić kilka minut i znaleźć kogoś u źródła albo na samym dole procesu. Zwłaszcza jak mam się zapytać o działanie jakiegoś systemu. To jest horror.
Druga stroną tych 'fachowców' jest to, że jak dostaną jakiekolwiek zadanie do wykonania to z prędkością godną mistrzostwa świata ich specjalizacja się zaczyna zawężać. Tego nie zrobią, bo to nie jest ich zakres, tego nie wiedzą i będą potrzebowali wsparcia. Jednak ich ulubionym odwołaniem jest że to będzie wymagało ingerencji IT. I wszystkie swoje przyszłe opóźnienia w realizacji zleconego zadania zwalą na opieszałość kolegów z pionu IT. Zawsze!
Jeśli jednak chodzi o zwężanie się zakresu wiedzy i umiejętności w obliczu zadania, to nikt nie przebije Eksperta.

Ekspert od trzonka łopaty

Oni biją wszystkich na głowę. Jak posadzisz takiego eksperta przy biurku, to jeżeli ktokolwiek poprosi go o podanie czegokolwiek, co leży poza zasięgiem jego ramion, odmówi...nie jego zakres. Tak można krótko scharakteryzować ich postawę.
Jako, że eksperci w strukturze często podlegają bezpośrednio managerom, to mają dużo momentów gdy to oni zaczynają przydzielać zadania do ich pracy. Bo przecież Ekspert ma wiedzieć, a inni mają robić. Tylko, że to też bzdura. Bo jeśli ekspert od procesu marketingowego, nie wie jak wygląda proces sprzedaży jego produktu i na spotkaniu projektowym musi zrozumieć jak taki proces wygląda (pomimo kilkuletniego stażu na stanowisku), to na kolejne spotkanie po prostu się go nie zaprasza. Marnuje czas ludzi, którzy chcą coś robić.
Oczywiście dobre układy z takim ekspertem to nieoceniony walor. Bo jak mu ładnie wszystko opiszesz, na gotowe, to nawet jeśli miałaby to być największa bzdura, która w konsekwencji nic, poza Twoim zyskiem nie wnosi, to ekspert nie kumając nic, przepchnie to przez wszystkie niezbędne szczeble...no chyba, że trafi na kumatego i rozumiejącego procesy za które odpowiada managera...ale oni też są rzadkością.


Kierownik od OPR

Wszyscy znają takich szefów i kiedyś ich mieli. Nazywa się ich niekiedy skutecznymi dozorcami. Nie mają najmniejszego pojęcia o procesach w ich jednostkach. Nie wiedzą prawie nic co robią ich ludzie.
Oczekują jedynie:
 - wszystkie raporty, których oni nawet nie czytają, mają być na czas
 - jak wchodzą do biura, to wszyscy mają wyglądać jakby ciężko pracowali (im więcej potu na skroniach tym lepiej)
 - żadne problemy mają nie trafiać na ich biurko, mają trafiać tylko meldunki o ich rozwiązaniu
 - nie można ich włączać w korespondencję w sprawie żadnego projektu czy problemu, oni mają dostać podsumowanie, pigułkę (i to na gotowe, tak, żeby się pochwalić przed wyższym szczeblem).

Ponadto to oni decydują o tym kiedy odpowiedzą na maile, zwłaszcza od podwładnych, ale jak Ty nie odpiszesz w ciągu godziny, to się objawi i będzie sapał nad Tobą i Cię opierdalał za nieróbstwo.
Taki szef zamiast być wzorcem, ustala normy. I co jest dość ciekawe, utrzymują sie na swoich stanowiskach dość długo.
Rozumiem, że ich rola jako managerów jest zarządzanie zespołem ludzi i są odpowiedzialni za procesy w ich jednostkach. To dużo. Ale zdroworozsądkowo, jak mogę wziąć odpowiedzialność za dziecko, jak nie wiem kim ono jest, gdzie jest i co robi...sorki, ale to jest absurd.



Oczywiscie powyższe przypadki to niekiedy margines w firmie, ale ten margines występuje zawsze. Nie będę diagnozował przyczyn ich występowania, bo nie o to chodzi. Natomiast muszę szczerze napisać, że jeśli w firmie specjaliści i eksperci robią mniej niż konsultanci czy współpracownicy, to coś jest nie tak z nomenklaturą i idącą za nią polityką struktury i wynagrodzeń. No chyba, że celem firmy jest opłacać słabiej tych co robią rzeczywistą robotę, a wiecej płacić nierobom i ślizgaczom...nie wiem, nie siedzę z zarządzie...i myślę, że Ci co siedzą też nie wiedzą...bo nie widzą...

Myślę, że będę kontynuował ten temat :)
W następnym wpisie o korpo, postaram się Wam pokazać moją metodę na pracę w korporacji, osiągniecie umiarkowanego sukcesu przy jednoczesnym zachowaniu tożsamości...mi się chyba udało :)

Jeśli macie jakieś kwestie związane z pracą w korporacji i chcecie, żebym się tym zajął, zastanowił albo wyraził swoje zdanie, to wiecie co robić :)