sobota, 11 stycznia 2014

Poranne objawienie

Obudziłem się dziś z przeświadczeniem, że albo doznałem objawienia, albo o czymś zapomniałem. Okazało się, że było to objawienie.
Musiałem się nad tym chwilę zastanowić.
Oczywiscie za chwilę znajdzie się przynajmniej kilka osób, które powiedzą, że przekręcam i naginam fakty, nad interpretuję definicje i wyciągam nie uprawnione wnioski. Gadajcie sobie zdrowi. Skoro ludzie bez formalnego wykształcenia w sprawach filozofii myśli mogą przebudowywać definicje, modyfikować pod własne widzimisię kwestie znane od lat, to ja też mam do tego prawo.

Mam przede wszystkim nadzieję, że będzie to mój ostatni głos w tej sprawie, bo mam serdecznie dość medialnych wrzasków i internetowej przepychanki w temacie.

Chodzi oczywiście o złowrogi "GENDER". Już wyjaśniam na czym polega moje objawienie. Nie będzie to długa tyrada więc dajcie mi chwilkę.

Definicja

Żeby zrozumieć sens mojego objawienia musimy spojrzeć szeroko i ogólnie na definicję gender. Jako, że definicji jest milion, to posłużę się uogólniającą wersją z prawej strony politycznej zawieruchy.
Otóż według tych definicji, w pewnym uogólnieniu, gender to - politycznie i ideologicznie umotywowane zmuszanie ludzi do akceptacji i/lub zmiany orientacji seksualnej na odmienną od przyjętej za naturalną, orientację heteroseksualną; powoduje także zachwianie lub zniszczenie naturalnych ról mężczyzny i kobiety w narodzie, społeczeństwie, rodzinie.

Tak bym w dużym uogólnieniu spisał forsowaną przez kościół i jego apologetów definicję gender.

Hipokrytyczna pułapka

Teraz najważniejsze.
Czy jest bardziej nienaturalna i bardziej politycznie umotywowana modyfikacja własnej orientacji seksualnej niż celibat?!
Mężczyzna w sile wieku decyduje się na rezygnację ze stosunków seksualnych, czyli przyjmuje na własną prośbę orientację aseksualną. Pomijając już czy ją w 100% wypełni czy nie. Ideologicznie i politycznie jest do tego zmuszony.
Jak to politycznie, zapytacie. Celibat nie ma zabezpieczyć czystości kościoła tylko jego kasę. Jakby księża mogli mieć dzieci, to ich dzieci by dziedziczyły majątek, który by zgromadzili podczas posługi. Czyli wyprowadzaliby świętą kasę kościoła poza jego struktury.
Nie ma nic bardziej nienaturalnego niż aseksualność! Nie ma większego zachwiania społecznych ról mężczyzny i kobiety niż świadoma decyzja o życiu w samotności i celibacie.

Teraz konkluzja.
Czy zatem sztuczna i pochodząca z wyboru orientacja seksualna powszechna w kościele katolickim nie świadczy o jego uleganiu koncepcji gender? Dokładając jeszcze fakt, że wszyscy chodzą w sukienkach, hierarchowie stroją się jak drag-queen na paradach równości, mam pewne wątpliwości, że kościół jest w ogóle uprawniony do wypowiadania się w kwestiach ról płciowych i seksualności. Zarówno jednej jak i drugiej zaprzecza w swoich działaniach instytucjonalnych.
Pozwolenie, żeby facet, który na własne życzenie zmienił orientację seksualną (nawet jeśli tylko powierzchownie) i wyparł się swojej naturalnej roli społecznej jako ojciec i mężczyzna, był autorytetem lub nawet jego zdanie się liczyło w dyskusji o kwestiach płciowości, rodziny i ról społecznych, to absurd. Chyba, że występuje jako ekspert po stronie zwolenników. Bo jak jest przeciwnikiem, to jest hipokrytą.

Każdy ksiądz przeciwny gender jest hipokrytą.
Każdy ksiądz popierający celibat jest genderowcem, wybrał sobie orientację seksualną i rolę społeczną odmienną od naturalnej.
I to w większym stopniu nawet nienaturalnej niż homoseksualiści.

Czekam na propozycje od Was. 

Instrukcję co zrobić, żebym napisał coś na temat, który Was interesuje znajdziecie TUTAJ.