niedziela, 16 marca 2014

Ateizm i antyklerykalizm – czy w Polsce można to rozłączyć?

Jestem ateistą. Pewnie wszyscy, którzy śledzą moje poczynania na blogu i na FB to wiedzą. Chce jednak napisać o tym, co dla mnie jest ważne w tej kwestii oraz dlaczego, dla mnie, ateizm nierozłącznie wiąże się z antyklerykalizmem i krytycznym podejściem do instytucji religii.

Korzenie

Ateizm jest naturalną i pierwotną formą myślenia dla człowieka. Rodzimy się bez koncepcji Boga czy genetycznie zakodowanych zasad religijnych. Jest to naturalne i w moim odczuciu bardzo potrzebne. Bo dzieci nie mogą pojmować świata, jako zależnego od niewidzialnych i nieznanych koncepcji. Podstawą pierwszych kroków w życiu jest kontakt z rzeczywistością. Ta dotykalną, doświadczalną i prawdziwą. Nie możemy powiedzieć dziecku, ze jak dotknie ognia to go diabeł uszczypnie albo, że jak będzie niegrzeczne, to pan bóg je ukarze. Dziecko tego nie zrozumie albo wypaczy to jego postrzeganie rzeczywistości. Dlatego mówimy dziecku, że jak dotknie ognia to się poparzy, a jak będzie niegrzeczne to dostanie karę albo nie dostanie nagrody. Dzieci, są jednak dość wcześnie indoktrynowane religijnie. I to jest dramat. Bo jeśli realną i natychmiastową odpowiedzialność za swoje czyny zamienimy sytuacją, gdy kara spotka ich po śmierci, to dla małego człowieka to nie znaczy nic więcej ponad to, ze teraz jest bezkarne. Dziecko żyje w dużo większym stopniu w teraźniejszości niż dorośli. Jest zakotwiczone na „TERAZ”. Jak powiesz dziecku, że coś je spotka za 10-20 lat, to dla dziecka to nie znaczy nic. Zatem jeśli religijnie wpoimy dziecku dogmaty o karze po śmierci plus dołożymy, że zawsze może się pomodlić, wyspowiadać i wszystko będzie ok, to robimy wielka krzywdę dziecku.

Nie dziwmy się, zatem, że dzieci i młodzież katolicka to w większości ludzie bez kręgosłupa. Mają zasady wbite do głowy, ale wiedzą, że mogą bez ponoszenia realnej odpowiedzialności zmyć złe uczynki i za życia, kara za wyrządzone krzywdy ich nie spotka. Na tym polega główne zagrożenie indoktrynacji młodych ludzi wirusem religii. Jeśli żal za grzechy, spowiedź i pokuta pod postacią darowizny na kościół lub odklepania zdrowasiek jest zadośćuczynieniem za każdy rodzaj popełnionego uczynku. Uczynku, który czasem nie jest nawet obiektywnie i moralnie zły, a czasem krzywdzi innych. Wrzucenie ich do jednego kociołka z etykietką „grzech” jest po prostu debilizmem, jeśli weźmiemy pod uwagę to jak funkcjonujemy, jako jednostki w społeczeństwie.

W tej sytuacji mamy do czynienia z całymi pokoleniami, które nie czują potrzeby zadośćuczynienia wyrządzonych krzywd osobie, której je wyrządziły, bo wystarczy przeprosić jakieś tam bóstwo i jest git. To jedna z wielu krzywd, jakie religia robi kształtującym się światopoglądom. Jeśli jakikolwiek nurt myślowy uszkadza nasz wrodzony altruizm i poczucie odpowiedzialności za swoje czyny, to jest to nurt wrogi człowiekowi i społeczności, jako całości.

Moje wejście

O tym jak przebiegała moja droga do ateizmu już pisałem. Jednak szybko to streszczę. Urodziłem się i zostałem wbrew mojej woli wcielony do kościoła katolickiego. W wieku 15-16 lat w wyniku rozwoju samoświadomości i postawy kościoła wobec mojej osoby, kościół przestał być dla mnie jakimkolwiek godnym zaufania wyznacznikiem moralności, wiedzy czy zasad. Zwróciłem się w kierunku laveyańskeigo satanizmu, który dość szybko ewoluował w całkowitą areligijność, by ostatecznie zmienić się w dojrzały i świadomy ateizm.
To, w jaki sposób postrzegam świat i rzeczywistość jest kreowane przez fakty, wiedzę, naukę i moją świadomą, krytyczną obserwację. Dlatego właśnie nie mogę nie być w swoim ateizmie także antyklerykałem. Zwłaszcza w polskich realiach społeczno-politycznych.
Wyliczę Wam, dlaczego, jako człowiek uważający się za wolnego od wirusa religii, nie mogę i nie chcę stać biernie i obojętnie wobec tego, co kościół robi w tym kraju. Zatem po kolei:

Religia w szkołach– to jest ściśle związane z pierwszą częścią tego tekstu. Dlaczego nie dopuścimy do szkół partii politycznych? Bo młody człowiek nie może decydować w swoich poglądach politycznych ze względu na swoją niedojrzałość, …ale religijnie może już być indoktrynowany od wieku wczesnoszkolnego? To jest czysta hipokryzja, która kosztuje podatników setki milionów złotych rocznie i służy tylko kościołowi. Nikomu więcej. Posunę się nawet do stwierdzenia, że wszystkim innym szkodzi!

Religia w polityce– w moim odczuciu żyjemy w kraju ukrytej teokracji. Serio. Bo jak nazwać inaczej ustrój, w którym wszystkie albo większość decyzji ekip rządzących służy pośrednio lub bezpośrednio kościołowi dominującemu w kraju? Nawet, jeśli zachowane są pozory demokracji, to każda partia w tej kwestii prezentuje jedno stanowisko – „Żyć w zgodzie z Kościołem”. W mniemaniu kościoła, „zgoda” oznacza zyski i w ten sposób kierują swoimi relacjami z rządzącymi, żeby te zyski osiągać. Bo ostatecznym celem kościoła nie jest zbawienie ludzi. Nawet według doktryny katolickiej, zbawienie człowieka jest tylko i wyłącznie w jego rękach. Ostatecznym celem kościoła jest akumulacja bogactwa, kasa, Misiu, kasa. Ja od jakiegoś czasu, gdy nie za bardzo wiem, o co chodzi w danej sytuacji stawiam pytania: Kto zyskuje i kto zarabia? I wszystko staje się jasne.

Kościół – ekspert od wszystkiego – Powiedzcie mi jak nie sprzeciwiać się ingerencji klechów w takie sprawy jak: seksualność, medycyna, życie w rodzinie, nauka, edukacja, kultura, sztuka, muzyka, relacje społeczne i obyczajowe.

Organizacja, w której wszyscy funkcjonariusze składają śluby czystości (celibat), nie maja pojęcia o tym jak to jest mieć rodzinę czy partnera, nie jest nawet odrobinę wiarygodnym doradcą, jeśli chodzi o te sprawy.

Organizacja, która chroni w sowich szeregach pedofili i przymusowo wciela w swoje szeregi i indoktrynuje dzieci, może być ekspertem w edukacji i pedagogice. No chyba, że w tej spod znaku Hitler Jugend.

Jeśli kościół wmawia naukowcom, że to, co odnajdą, potwierdzą lub odkryją jest dziełem boga i mogli odkryć to jedynie za jego przyzwoleniem, to, w jaki sposób może być partnerem naukowym? Nauka opiera się na dowodach, doświadczeniach, sprawdzalności metod jak i powtarzalności eksperymentów. Kościół zakłada, że wie wszystko o świecie, wszechświecie i akceptuje jedynie te odkrycia naukowe, które mogą się wpisać w jego doktrynę. Resztę ignoruje albo odrzuca. Kościół nigdy nie był i nie będzie partnerem dla nauki. Jest jej wrogiem, który w obecnych czasach coraz częściej staje się także jej pasożytem.

Jeśli kościół ingeruje w pracę ludzi, których główną powinnością jest ratowanie życia i zdrowia ludzi i w imię swoich wyssanych z palca dogmatów pozwala im nie brać odpowiedzialności za błędy lub odmawiać leczenia w imię zachowania spójności religijnej, to jest instytucją szkodliwą społecznie. Klauzula sumienia to wirus, który jest aplikowany przez kościół w newralgiczne dla społeczeństwa zawody. Lekarz czy farmaceuta powinien swoją pracę wykonywać w zgodzie z kodeksem etycznym zawodu i wiedzą naukową, nie w zgodzie z własnym sumieniem, które podniecone bajaniami klechów wyrasta na arbitra decydującego o ludzkim życiu.

Kościół chyba, jako jedyna instytucja w demokratycznym kraju jest dawcą potężnej dawki cenzury. Daję sobie rękę i nogę uciąć, że dziewięćdziesiąt do stu procent przypadków protestów wobec przejawów sztuki czy kultury jest inicjowane z religijnych pobudek. I nie jest istotne, że zarówno protestujący jak i inicjatorzy większości dzieł nie oglądali. Nie jest istotne, że podstawą działania artysty jest jego swoboda wypowiedzi, zarówno w treści jak i formie. Jeśli się religijnym idiotom coś nie podoba, to przestają patrzeć na konstytucję, którą tak lubią się zasłaniać, gdy ktoś ich oskarża. Wtedy ważniejsza jest ich wiara i uczucia religijne niż przepisy prawa. To klasyczne orwellowskie dwumyślenie i jest ono powszechne we wszystkich organizacjach i instytucjach opresyjnych, totalitarnych. Kościół jest bez wątpienia organizacja totalitarną i absolutystyczną

Katolicyzm, jako wyznacznik patriotyzmu – od kiedy religia decyduje o przynależności narodowej? Bo chyba mnie ominęły te ustalenia, a nie zgadzałem się na taką definicję. Poza tym, jak instytucja zarządzana z innego kraju, przez obce państwo może być wyznacznikiem narodowości innego państwa? Dołóżmy do tego, że wszyscy funkcjonariusze tej instytucji są podlegli głowie tego obcego państwa, a wszystkie działania na terenie naszego kraju służą jedynie interesom tego państwa. Zatem jeśli jakikolwiek nacjonalista wspiera kościół katolicki to jest zwykłym hipokrytą, żeby nie powiedzieć zdrajcą. Odłączmy katolicyzm od patriotyzmu i nacjonalizmu, to się okaże, że możemy, jako naród osiągnąć o wiele więcej bez watykańskiego kagańca. Katolicyzm nie jest pro-polski! Katolicyzm zawsze był i zawsze będzie pro-watykański!

Podsumowanie

Nie potrafię stać obojętnie w obliczu powyższych faktów. Mój ateizm, ale także to, że mam pewien poziom wrażliwości i poczucia bycia częścią społeczeństwa, nie pozwala mi na ignorowanie tego, co kościół robi w naszym kraju za przyzwoleniem bezmyślnej i bezkrytycznej masy ludzi.

Dlatego dopóki kościół będzie ingerował w sfery życia, instytucje i obszary, które mnie dotykają lub mogą mieć wpływ na ludzi, których los nie jest mi obojętny, do tej pory będę zawsze i stanowczo krytykował i sprzeciwiał się zawłaszczaniu wolności w imię dogmatów i bajek kościoła. Dlatego to, że potrafię samodzielnie myśleć, nie pozwala mi spokojnie stać z boku, gdy religia wypacza wszystko, czym jesteśmy, jako wolni ludzie.

Bo jeśli wewnętrznie nie jesteś wolny to nie jesteś wolny w ogóle. I religia nie oferuje nic innego jak założenie sobie samemu kolczatki i kagańca. Smycz w tym układzie trzyma Kościół, ale to Ty na to pozwalasz. Po to masz przeciwstawne kciuki żeby się z tych okowów uwolnić. Po to mamy mózgi i możliwość wyrażania samych siebie, żeby sprzeciwiać się wszystkiemu, co nam nie pasuje. A uwierzcie mi, jeśli raz uda Ci się spojrzeć na religię z pozycji krytycznej, nigdy już nie uwierzysz w bajania klechów czy bajki w książkach. I trzeba być ślepym i znieczulonym, żeby oglądając rzeczywistość nie mieć w sobie sprzeciwu na to, co się dzieje. Na to, co religie i ich satelity robią nie tylko z naszym krajem, ale z całą ludzkością. Bo problem jest głębszy i bardziej złożony na poziomie cywilizacyjnym. Ważne jednak, żeby zrobić bilans zysków i strat na poziomie jednostki – co religia mi daje a czego zabrania, zabiera. Jeśli to nie posłuży Twojemu wyzwoleniu się spod indoktrynacji, to, chociaż pomoże Ci zachować spójność. Bo bycie religijnym oznacza pomoc w podporządkowywaniu społeczeństw władzy ludzi, którzy chcą rządzić nie tylko Twoimi czynami, ale także myślami i portfelem.


Decyzja czy być pieskiem na smyczy kościoła, czy wolnym człowiekiem jest w Twoich rękach. Czy jednak starczy Ci odwagi na stawienie czoła rzeczywistości ze wszystkimi tego konsekwencjami? To inna historia…