wtorek, 4 marca 2014

Muzyką kształtowani

Muzyka mi towarzyszyła od zawsze. Odkąd pamiętam, to zawsze coś gdzieś gra, grało i zapewne będzie grać. Zacząłem się wiec zastanawiać jak to jest z tą muzyką? Dlaczego to właśnie muzyka tak na nas wpływa? Bo przecież żaden z przejawów ludzkiej twórczości nie ma takiego wpływu, zwłaszcza na ludzi młodych, jak muzyka. Ale dojedziemy i do tego. Żeby rozpocząć swoje rozważania musze najpierw ustawić fundament

Fakty

Weźmy rok 2013. Będzie nam łatwo, bo był niedawno. W tym roku wydano 642 płyty długogrające (LP). Z tego, aż 280 to płyty z muzyką rock/metal. Ale to na marginesie…

Czyli daje to nam (przy średniej długości płyty -  około godziny) 27 dni ciągłego słuchania. Oczywiście jak ktoś by zniósł wszystko, co wychodzi. A wiadomo, że nie słuchamy wszystkiego. Ile muzyki słuchamy? Znalezienie danych nie było proste. Sam jestem dość intensywnym słuchaczem i w zeszłym roku przesłuchałem prawie 30 000 utworów, co daje dziennie ponad 6,5 godziny. Niezły wynik! Oczywiście część z tego to muzyka, przy której zasypiam i się budzę, ale nie będę wyłączał jej z danych, bo przecież przez sen tez odbieram muzykę i jakoś na mnie wpływa.

Skąd to wiem? Otóż całą muzykę, której słucham na komputerze i w telefonie „scrobbluje” na serwis last.fm.
Moje konto możecie sobie obejrzeć – TU.
Jeśli weźmiemy dane z końca 2012 roku, to zarejestrowanych użytkowników last.fm jest ponad 50 milionów. Czyli biorąc mnie, jako przykładowego pożeracza muzyki, w ciągu roku ta grupa ludzi przesłuchała ponad 1,5 biliarda utworów. 

Jak zsumujemy ile jest czasu, to mi wychodzi, że to mniej więcej 200 tysięcy zsumowanych żyć człowieka współczesnego! Czyli jedno pokolenie całego, dość sporego miasta.

Tak dużo muzyki konsumujemy.

Fenomen

Zastanawiam się jak to jest, że muzyka tworzy kulturę, a nie jest jedynie jej przejawem. Jak to jest, ze wokół gatunków muzyki, albo pojedynczych zespołów powstają subkultury, podczas gdy wokół innych przejawów ludzkiej kreatywności powstają bardzo rzadko, lub są bardzo miękkie, chwilowe lub iluzoryczne. Zawsze mnie to fascynowało. Bo weźmy najprostszy przykład. Człowiek, który słucha rocka albo metalu staje się osobiście związany z gatunkiem, współ-słuchaczami i twórcami. Niekiedy na całe życie. Sporą część swojej aparycji, preferencji opiera na muzyce, której słucha. Często od muzyki uzależnia swoje wybory w pozostałych sferach swojego życia. Można to odnieść do innych gatunków, ale chyba w muzyce rockowej jest to najbardziej wyraźne.

Co rozumiem pod pojęciem tworzenia kultury? Bo przecież malarstwo też jest częścią kultury i ją tworzy.
Tak, ale nie tworzy w tak wyraźny sposób nowego tworu. Nie wpływa w tak głęboki i pełny sposób na życie ludzi. Tak jak filmem czy sztuką można się zachwycać, może nas poruszać, zmieniać i uczyć, to właśnie z muzyką się związujemy. Nawiązujemy pełny i głęboki związek symbiotyczny. I w tym momencie się zatrzymam, żeby spojrzeć na ten związek.

Symbioza

Muzyka angażuje jeden z naszych zmysłów i bardzo to lubimy. Dlaczego? Bo nie wymaga to od nas wysiłku. Oglądając film czy czytając książkę, kosztuje to nas nieco więcej. Musimy się skupić, pracować wzrokiem, niekiedy wręcz fizycznie. Przy słuchaniu muzyki nie musimy robić nic. Naciskamy „play” i możemy zająć się czymś innym. Czyli czerpiemy muzykę bez wysiłku. Dlaczego więc uważam kontakt z muzyką za symbiotyczny, skoro to ona nam coś daje, a my nie oddajemy nic w zamian. Otóż w moim odczuciu nie do końca. Bo muzyka na nas wpływa i czy tego chcemy czy nie, powoduje w nas zmiany. Dla mnie muzyka jest pewnego rodzaju wirusem kulturowym. Wirusem, którego jedynym celem jest propagowanie samego siebie poprzez budowanie stanów w „pacjencie zero”.

Jeśli słucham po raz pierwszy jakiejś płyty i porusza ona we mnie jakąś strunę emocjonalną, to, co zrobię? Podzielę się ta muzyką! Bo muzyka, jeśli nas rusza, to od razu wymusza na nas poszukiwanie kogoś, kto może poczuć to samo. W ten sposób się rozprzestrzenia i dlatego jest naszym partnerem, nie jedynie narzędziem czy towarem konsumpcyjnym.

No i muzyka powoduje, że robimy mnóstwo rzeczy pod jej wpływem lub dzięki niej modelujemy swoje zachowania lub nastroje. I chyba każdy z Was tak ma, że są utwory, które Was koją. Inne was ładują energią, jeszcze inne was dołują. Jednak cokolwiek taki utwór by z Wami nie robił, to jest to bez znaczenia, jeśli nie możecie się tym podzielić. I nie zaprzeczajcie, bo każdy z Was puszczał swoim znajomym kawałki, ważne dla Was i szukał swoich emocji u innych. W ten sposób szukamy bratnich dusz, partnerów i przyjaciół. Muzyka jest jednym z najczęstszych spoin charakterów. Jeśli słuchamy podobnej lub tej samej muzyki, to już mamy dużo wspólnego; w dużej części spraw rozumiemy się bez słów i nie mamy problemów z odnalezieniem się w labiryncie osobowości drugiej osoby. Jest nam dużo łatwiej. Dlatego pewnie dość naturalnym pierwszym tekstem przy pierwszych podrywach jest „Jakiej muzyki słuchasz?”. I wbrew pozorom nie jest to pytanie głupie czy banalne. Jest bardzo ważne! Bo to, czego słuchamy w sporej części nas definiuje, pokazuje, kim jesteśmy i czego szukamy. I być może nade wszystko pokazuje nasz poziom wrażliwości oraz otwiera łagodnie szlak do rozmowy o dość intymnych sprawach. Bo publiczna rozmowa o emocjach nie jest łatwa...no chyba, że nakryjemy ją kołderką gustu muzycznego.

Oczywiście czasem możemy złapać się w pułapkę oceny kogoś po guście muzycznym. Nie jest to szczęśliwe, bo nie powinniśmy nikogo oceniać. Ale doświadczenie mówi, że ludzie, którzy idą na łatwiznę jak coś jest im dane, przeważnie nie mają w sobie wykształconego czegoś, co ja nazywam „instynktem intelektualnym” i wrażliwością estetyczną. O co chodzi? Jeśli Twoją ulubioną muzyką jest radosne „UMPA, UMPA” z tekstami o lodach na patyku i bujaniu dupką, to najprawdopodobniej nie docenisz także fotografii Ackermana czy grafik Gustava Dore. I przyznam się szczerze, że poza kilkoma wyjątkami ludzi po prostu całkowicie wyłączonych słuchowo, wrażliwość na wszelki rodzaj sztuki albo wychodzi bezpośrednio z zamiłowania do muzyki, albo jest przez nią uzupełniany.  Tak wiem, zajechało stereotypami, których tak nie lubię…ale nic nie poradzę, że nie spotkałem jeszcze osoby, która byłaby zakochana w disco-polo i jednocześnie potrafiła się zesikać z radości obcowania z poezją Williama Blake’a. Po prostu nie.
A znam przynajmniej kilka osób, które uwielbiają w słuchawkach rzeźnię i jednocześnie piszczą do obrazów Boscha i niemalże masturbują się podczas lektury Ulissesa czy Boskiej Komedii…jeśli znacie konesera sztuki kochającego muzykę disco, tak jak ja kocham rocka i metal, to poproszę namiary. Chętnie zrewiduję swoje poglądy J


 Macie podobne spojrzenie na muzykę, czy może zupełnie odmienne…jestem ciekawy waszych spostrzeżeń…

Czekam na propozycje i pytania od Was. 

Co zrobić, żebym napisał coś na temat, który Was interesuje znajdziecie TUTAJ.