wtorek, 18 listopada 2014

Argumenty za debilizmem autorów Frondy

Wszyscy już chyba komentowali artykuł Frondy „Naukowe dowody na istnienie Boga”. Kto jednak zwrócił uwagę na postać Anthony’ego Flew, tego rzekomo nawróconego ateisty, który podobno jest autorem części tych żałosnych wypocin.
Wiecie, co mi to przypomina? Pieprzenie o tym, że Darwin i Einstein na łożu śmierci się nawrócili. Dodatkiem jest, że podobno w wieku 84 lata Flew napisał książkę „Bóg istnieje”. I Flądra, oczywiście nie sprawdziła, że współautorem tej książki był Roy Abraham Varghese i wszystkie ukazujące się bezpośrednio po jej wydaniu recenzje jednoznacznie wskazywały na fakt, że to Varghese napisał tę książkę. Flew w tym czasie znajdywał się w stanie demencji i nawet podczas wywiadu z redaktorem NYT Markiem Oppenheimerem nie pamiętał nic z tej książki. Ani filozofów, których opiewał, ani argumentów, których rzekomo użył…niczego!
Pogłoski o konwersji Flew z ateizmu na deizm krążyły od 2001 i wielokrotnie je wyjaśniał. Dopiero w 2004 przyznał się do skłonienia się do deizmu w duchu Thomasa Jeffersona. Flew wspierał boga Arystotelesa, odrzucał koncepcję życia po życiu, Boga, jako źródło dobra czy zmartwychwstanie Jezusa, jako faktu historycznego. Był także wrogi wobec doktryn islamu. W grudniu 2004 roku powiedział „Myślę o Bogu zupełnie inaczej niż Bóg Chrześcijan i bardzo daleko od Boga Islamu, ponieważ obydwaj są opisani, jako wszechmogący, Orientalni despoci, kosmiczne Saddamy Husseiny”. Zatem jeśli cokolwiek pochodzi od Flew, nie wspiera w żadnym wypadku koncepcji Boga chrześcijan. A jeśli jest cytowane z książki „Bóg istnieje”, najprawdopodobniej nie napisał tego on.

Czy muszę się skupiać na pozostałej treści artykułu? Chyba nie. Przelano już gigabajty dyskutując na ten temat. Wniosek jest bardzo prosty.
Autor tekstu nie rozumie, czym jest nauka.
Nauka nie jest szukaniem dowodów do tezy, tylko wyciąganiem konkluzji na podstawie dowodów. Nawet nauki interpretacyjne, jak historia, nie zakładają ze coś miało miejsce i potem szukają na to dowodów. Zupełnie odwrotnie – jeśli znajdują się dowody na jakieś wydarzenie, to wysuwa się hipotezę, szuka kolejnych potwierdzeń tych zdarzeń i jeśli jest ono wystarczająco silnie udokumentowane – uznaje się je na tyle prawdopodobne, że przyjmuje się je, jako konkluzję badań historycznych.
Druga stroną jest pewność. Bo nauka nigdy nie mówi czegoś na 100%. Nauka działa w obrębie prawdopodobieństwa, czasem niskiego, czasem graniczącego z pewnością, ale nigdy absolutnego. Działa tutaj zasada dziewiątek, czyli przedstawienie działania jakiejś hipotezy w maksymalnej wartości 99,9%. I jeśli coś daje się po raz kolejny udowodnić, potwierdzić, to naukowiec nie dodaje brakującego do 100% ułamka, tylko dostawia kolejną dziewiątkę. I mamy sprawdzalność na poziomie dwóch, trzech, pięciu dziewiątek. Nie na 100%. Nigdy.
Po trzecie – argumenty to nie dowody. Żaden argument nie powoła do życia żadnego bytu, nie sprawi, że niewiarygodny i nieprawdopodobny byt zacznie istnieć, bo przedstawimy poprawnie skonstruowany argument logiczny na jego istnienie. Pomijając już fakt, ze znakomita cześć apologetycznej, teistycznej argumentacji opiera się na błędnych przesłankach, myśleniu życzeniowym czy presupozycji. No i oczywiście nie przedstawiają żadnych dowodów. Chcą zrównać czystą argumentacje z dowodzeniem empirycznym, a to po prostu jest głupie.