wtorek, 10 marca 2015

Korpo-indywiduum

Dziś nieco o czym innym.

Jak zapewne wiecie, a przynajmniej część z Was – pracuję w dużej firmie. Dla dodania smaczku – firma ma swoją siedzibę w centrum zła w Warszawie, czyli w Mordorze. Jak ktoś nie kojarzy, to zapraszam do analizy strony na FB – Mordor na Domaniewskiej.

Pracuję w tej firmie do 2008 roku, więc mój wyrok jest długotrwały...zwłaszcza, że nie zmieniłem od początku celi (czytaj Działu), w którym pracuje. Moje obowiązki ewoluowały, zmieniały się, tak jak ja, jednak nadal tam pracuje i muszę przyznać – jestem zadowolony! Macie pewnie z tego powodu pewien dysonans. Ja też momentami tak się czuję. Bo jak można lubić pracę w międzynarodowej korporacji, operującej prawie wyłącznie dla zysku i jednocześnie mówić, że jest się indywidualistą z pewną dozą nonkonformizmu...i być zadowolonym. Już Wam tłumaczę…

Żeby nie było niedomówień – nie mówię o pracy w sprzedaży. To nie moja bajka. Mówię o tak zwanych operations, czyli działach operacyjnych, które powodują, że się maszynka kręci, działa oliwiona potem i krwią małych trybików.

Sceptycznie…

To podstawa! Każdy z Was, jeśli kiedykolwiek pracował w większej firmie wie o tym, że korytarze, palarnie i knajpki dookoła firmy, non-stop szemrzą na temat tego co się dzieje w firmie. Szemrzą jak biblijni Żydzi na pustyni przeciwko Mojżeszowi...co to im naobiecywał ziemi mlekiem i winem płynącej, a tymczasem na pustyni siedzą i mannę wpieprzają...to jest normalne. W co trzeba się uzbroić? W pieprzony sceptycyzm. I to z obu stron. Bo ludzie będą gadać milion niestworzonych rzeczy, będą snuć domysły i pisać teorie spiskowe...z drugiej strony korporacja nie może ogłosić, że za miesiąc musi zwolnić 100 pracowników. Nie może! Wiecie dlaczego? Bo 500 osób, które czuja się zagrożone, następnego dnia przyjdą ze zdiagnozowaną przewlekłą, genetyczno-immunologiczną chorobą, która zapewne skończy się ich śmiercią, ale pewni będą jak wyczerpią możliwość przedłużania zwolnienia lub ZUS im się dobierze do dupy.

I powiem Wam szczerze, że mnie to dziwi…

Mówimy, że potrafimy żyć w szybko zmieniającym się świecie; deklarujemy gotowość do nauki, rozwoju i wyzwań. Tymczasem wystarczy pierdnięcie paniusi z HR i wszyscy obłożnie chorzy! Ogonki pod brzuszki i uciekamy, ale tylko trochę...bo nie wiadomo. No właśnie – nie wiadomo! Bo reagujemy na niewiadomą jak na apokalipsę. Nie chcę bronić korporacji. Mają swoje za skórą i mogłyby traktować lepiej ludzi. Ale to trochę tak jakbyście głaskali po główce budowlańca, który co prawda robotę robi, ale nie wiecie czy dacie radę mu zapłacić, a nie macie gwarancji czy jutro nie zapije i oleje rozgrzebaną łazienkę, jak mu powiecie, że nie macie kasy…

Dlatego uważam, że nie należy z jednej strony słuchać korytarzowego pieprzenia. Także dlatego, że ludzie kłamią i przekręcają fakty dla własnego zysku...bo poziom strachu w korpo ma swoją granicę. Gdy zostaje przekroczona – Ci najbardziej obsrani muszą paść...zostają Ci, co wiedzą, że połowa tego strachu, to przysłowiowy potwór w szafie.
Z drugiej strony – stańcie kiedyś w pozycji korporacji. Spróbujcie! Tracicie kasę, nie zarabiacie, firma stoi w miejscu. Firma w takiej sytuacji nie potrzebuje pracownik, których można szybko i tanio zamienić, bo wykonują powtarzalną robot od kilku lat...i nic ponadto! Firma poszuka i zostawi tych ludzi, którzy wnoszą do firmy wartość, coś dodatniego. I tutaj wracam do indywidualizmu.

Indywidualnie…

Oczywiście wiele zależy od tego jak wygląda Wasz łańcuch dowodzenia. Czy macie na tyle silną pozycję, żeby okazjonalnie wychylić łepek i pokazać się Dyrektorowi, jako ten co robi coś więcej? Bo bez tego możecie pakować kartonik. Mrówki, trybiki są potrzebne – owszem. Ale ich cechą jest łatwa zastępowalność i wszystko zależy od tego, czy potraficie udowodnić, że bez Was maszyna stanie, albo przynajmniej znacznie zwolni. Tylko nie oczekujcie, że ktoś przyjdzie i to sprawdzi, gdy przyjdzie fala zwolnień. Co to, to nie. Na to, czy taka fala Cię ominie pracujesz codziennie. Najlepiej pracuje się gdy znajdziesz sposób by wykonywać swoje obowiązki tak, żeby sprawiały Ci frajdę. Wszystko jest w głowie i wcale nie oznacza to oszukiwania samego siebie czy ulegania korporacyjnym maglowaniom. Chodzi o zwykłą integralność. Podpisujesz umowę na wykonanie konkretnych zadań – dlaczego nie zrobić tego w taki sposób, żeby nie dość, że sprawiło by Ci to przyjemność (nawet niewielką) to jeszcze pokazując, że można inaczej. A czasem nawet lepiej, sprawniej i przy mniejszym wysiłku. Często gdy odkurzasz w domu znajdujesz sobie coś, co nakręca Cię, żeby odkurzanie nie było udręką. Wizualizujesz sobie, że robisz coś innego, jednocześnie przykładając wagę do oczekiwanego efektu. Powiem Wam, jak ja to zrobiłem…

Startowałem na samym spodzie. Dzienna norma zadań do wykonania. Norma w oparciu o procedury, instrukcje i wskazówki innych pracowników – starych wyjadaczy. Kilka tygodni i okazuje się, że to jest głupie, że to co robicie nie ma sensu. Przynajmniej w formie, w jakiej robicie to teraz. I zaczynacie kombinować – jak zrobić to inaczej, lepiej, szybciej i pójść wcześniej do domu… Ja po kilku miesiącach potrafiłem zrobić dwa razy tyle co inni dotychczas, w tym samym czasie. Oczywiście nie obyło się bez ataków – zawyżasz nam normę, uspokój się bo nas zajadą...ale co? Mam zrobić swoją robotę w cztery godziny i udawać, że dalej robię? Nie chciałem tego w ten sposób rozegrać, bo patrzyłem na ludzi, którzy od lat robili to samo. To nie było dla mnie! I takim się okazało. Skracając – dostawałem nowe zadania. Albo je szybko usprawniałem i oddawałem, bo nie wymagały już tyle czasu i zasobów, albo pokazywałem, że to bez sensu, można zrobić inaczej. I dużo w tej sytuacji jestem winny swojej przełożonej, która to wszystko dostrzegała, pomagała i wspierała mnie. Jeśli pokażesz wystarczająco dobrze i wyraźnie takie coś swoim szefom – tylko debil by nie przekuł tego na swój sukces. I niech przekuwa, nawet niech powie, że zrobił to sam. Długo nie trzeba będzie czekać, aż wróci do Ciebie, bo ktoś go poprosi o zastosowanie tych metod albo tego podejścia gdzie indziej...a skoro to nie on zrobił…
A jak szef nie chce w ogóle słyszeć o zmianach – od razu wyjdź...bo polecisz razem z nim przy kolejnej fali…

Zadziwia mnie jedno. W korporacjach są ludzie, którzy pracują po kilkanaście lat. Od lat robią swoją robotę. Przychodzą na osiem godzin. Robią co do nich należy i wychodzą. I w zamian za to oczekują nagród, premii, awansów, bonusów i podwyżek. Jak byłbym szefem, to takie procesy poszłyby pierwsze pod lupę. I jak tylko można – zastąpić systemem informatycznym, automatem albo zmienić tak, żeby nie trzymać starego pryka, który przychodzi odbić kartę. Bo chodzi o kasę. Pracownik wkładając wartość, tę wartość generuje. Pracownik klepiący normy nie wnosi dodatkowej wartości. I ja to zrozumiałem i rozumiem. Dlatego nie widzę sprzeczności w byciu indywidualistą i pracownikiem korporacji. Wprost przeciwnie – widzę w tym potencjał i szansę.

Pracuję codziennie po osiem godzin i lubię swoją pracę. Wiem, że na to, co dziś robię zapracowałem. Nie jestem jeszcze w 100% tam gdzie chciałbym być, ale to chyba dobrze...bo pewnie bym teraz tylko przychodził odbić kartę…


Wracam do domu. Piszę bloga, współtworzę portal, za chwilę coś więcej. W weekendy robię filmiki na YT, pisze książkę. Czy brakuje mi czasu? Często tak. Ale mam jakieś cele w życiu i do nich dążę. Nie po trupach, nie bez namysłu. Dlatego postanowiłem polubić swoją pracę, jak ją zacząłem wykonywać. Potem przyszedł czas na moje własne sprawy. I nie patrzę na korporacje jak na wielkie, ludzkie maszynki do mięsa. Niczym się nie różnią od każdego innego biznesu. No może poza skalą. Poza tym – tak jak handlarz ziemniakami na bazarku – jak w jednym miejscu podrożeją ziemniaki, to pójdzie gdzie indziej albo podniesie cenę za kilo; nie może oglądać się na kolegę hurtownika, czy stałego klienta bo sam dostanie w dupę. Jak kierowca nie będzie chciał pojechać po dodatkową dostawę mimo, że siedzi i nic nie robi – zatrudni innego. Tutaj nie chodzi tylko o ludzi. I możecie powiedzieć, że korporacje przeliczają ludzi na kasę...a co innego robimy my wszyscy jeśli w grę nie wchodzą emocje? Przeliczamy innych na własne korzyści...nazywajcie to jak chcecie, ale ja widzę w korporacjach mniej hipokryzji niż w zachowaniach większości ludzi. W biznesie może jest większa bezwzględność, ale przynajmniej zasady są jasne…


PS. Jak zauważyliście, nie wspominam żadnej nazwy firmy, więc nie wrzucajcie mi, że to artykuł sponsorowany...chciałbym…:)

I dziękuję koleżance Elżbiecie za poranną inspirację. Wredne korporacje…;)